Tolerancyjna

No i już! Macie mnie. Wróciłam! Chociaż przyznaję, że z trudem - dosłownie tyci mi brakowało, by porzucić bloga, ale ostatnio sporo we mnie siedziało, o niektórych zdarzeniach mówić nie mam zamiaru, a obok wielu więcej nie mogłabym przejść obojętnie nie dzieląc się swoim zdaniem z wami, by posłuchać także was. Chcecie wiedzieć, co przelało czarę goryczy akurat dziś? Weźcie popcorn i usiądźcie wygodnie. Jest 22:38 kiedy zaczynam pisać. Ta noc będzie długa.

Bo aż się we mnie zagotowało, kiedy przeczytałam na jednym z innych mamowych blogów - a czytam ich naprawdę wiele, - wpis skądinąd o tolerancji. Naprawdę miałam sobie darować ten temat. Odpuścić, nie nawiązywać, nie wspominać. Pominąć. Tak po prostu. Ale ta autorka mi dokopała. Naprawdę sponiewierała mi sen i skutecznie zniechęciła do uczestniczenia w jakiejkolwiek dyskusji oraz opuszczenia na zawsze społeczności jej odbiorców, do której  należałam od ładnych paru lat. Wiecie dlaczego?

reszta mamy tolerancyjna o tolerancji w sieci

Wybaczcie, że nie przytoczę nazwy rzeczonego bloga – ja nie chcę i nie umiem w hejty. No dobra, umieć może umieć, ale naprawdę nie chcę, dlatego skupię się wyłącznie na samej kwestii filozoficznej. Za waszym wyłącznym przyzwoleniem i raczej tylko tym razem. Nazwijmy więc naszą blogerkę po prostu „Tolerancyjną” – później zrozumiecie dowcip.

Otóż, Tolerancyjna w swoim wpisie przytacza sytuację, w której to rozważa istotę rodzicielstwa tolerancyjnego (matko, znienawidzę zaraz ten przymiotnik!), czyli takiego, które będzie akceptowało, że dziecko zakochało się w osobie tej samej płci. Cóż, to bardzo ładnie i pięknie, że kocha, że ta miłość do dziecka jest najważniejsza (sama mam identyczne odczucia) i niech tęcza zabłyśnie nad tym obrazkiem, na którym rzeczona Tolerancyjna trzyma latorośl za rękę prawą, gdy po jej lewej dumnie kroczy partner(ka) tej samej płci. Dziecka lewej, oczywista. Obiecuje, że kochać będzie równie mocno, bo każdy z nas ma wybór (uwaga! kolejne słowo klucz, zapamiętajcie je) kogo chce kochać, z kim chce jeść tosty na śniadanie, z kim spać, z kim psa adoptować i z kim jeździć na święta do rodziców. I to wszystko jest spoko, naprawdę. Do czasu.

Do czasu aż mi się krew zagotowała, bo:

  1. Tolerancyjna pisze początkowo, że przecież z orientacją człowiek się rodzi, choć za chwilę stawia na równi orientację, weganizm i chrześcijaństwo. Bo przecież to wybór (mówiłam? pamiętacie: klucz) taki sam jak ten, że nie jemy mięsa i wierzymy, w święte jeże co i przecież ta nieszczęsna orientacja. Nagle człowiek nie rodzi się hetero, homo, trans czy jeszcze inaczej, ale on te cechy nabywa. (WTF!?)
  2. Kiedy pojawia się osoba, która kulturalnie sprzeciwia się temu twierdzeniu (nie, nie byłam to ja) i zaprasza do dalszej dyskusji choć przypomina, że raczej nie przyzna racji Tolerancyjnej, wtedy właśnie nasza blogerka ucina dyskusję mówiąc, że z osobami takimi jak autorka komentarza nie ma o czym dyskutować i rozmawiała z nimi nie będzie.
  3. No przecież nie mogłam się nie wtrącić, c’nie? Stanęłam w obronie wolności słowa. Internet wszak moim zdaniem to strefa, która powinna być wolna od cenzury. A tu masz ci los – kolejny kwiatek. Rozumiem istnienie fanklubów, ale fankluby bezmyślnych potakiwaczek prowadzą do… no, nie chcę wyolbrzymiać, ale pamiętacie trochę historię, prawda? Włochy, wojna, faszyzm… No więc dostałam na głowę. Kubeł pomyj.
  4. Pojawiły się również głosy rozsądku, ale na te się przecież nie odpowiada.
  5. Kiedy napisałam, że jestem rozczarowana postawą blogerki, która pisze o tolerancji, ma duży zasięg odbiorców, a potem nagle samej sobie w tym swoim pseudo-tolerancyjnym sosie zaprzecza, zamykając drogę dialogu osobom o odmiennych poglądach, i że nie jestem już zainteresowana dłużej przynależnością do społeczności, którą stworzyła to… cóż. Zostałam zapytana, co tu jeszcze robię. Nie podoba się, to wynocha z mojego bloga! Jestem dyktatorem zasad w tej mojej internetowej przestrzeni, więc to ja narzucam co i jak mają myśleć moi odbiorcy. Każdy kto ma inne poglądy, serio, nie jest tu mile widziany.

Historia ta nie ma happy endu. Jestem rozczarowana i rozgoryczona postawą kobiety i matki, która była dla mnie w pewnym kontekście autorytetem, do której wracałam jak boomerang, lecz dziś po tym jak uświadomiła mi osobiście, że jej posty z rzeczywistością wspólnego wiele nie mają, tak jak z reprezentowaną postawą życiową w sieci naprawdę widzę to wyraźnie, że… król jest nagi. Naprawdę. Obłuda, fałsz i hipokryzja, to towar dzisiaj chodliwy jak się okazuje. A szkoda. Bo przecież mogliśmy w te tęcze. Mogliśmy w te tolerancję. Mogliśmy wspólnie. Z szacunkiem. Jestem rozczarowana, bo okazało się, że chyba jednak nie mogliśmy.

Współczuję odbiorcom, którzy przyklaskują tym bzdurom i przez wieloletnie śledzenie i zażyłość z autorką jadą na wózku hipokryzji nazywając wszystkich z innymi poglądami „wrednymi katolami”, którzy przecież nie mają tam czego szukać.

Pomijam już naprawdę fakt, że przecież Tolerancyjna uczy swoje dzieci takiej samej postawy. Tolerancja – spoko, dopóki wszyscy się z nami zgadzają. Tych niezgodnych odsiejemy sami.

Cholera no, przykro mi jest! Zawsze uważałam, że sieć jest miejscem dialogu, bo tu każdy może wypocić z siebie najwięcej i najwięcej z siebie odkryć, pozwolić się poznać w tej swojej aurze anonimowości, za którą się kryje. Ale dziś dostałam pstryczka w nos. Guzik prawda! Bo w sieci królują admini, którzy cenzurują swoich odbiorców. O wolności słowa nie ma mowy. Ale pisz. Śmiało uzewnętrzniaj się. Oczywiście wszystko w granicach wspólnej zgodności poglądowej. Inaczej zostaniesz wrzucony do szamba łatek „wstrętny katol”, „niedzielny orędownik hejtu”, „zawistny kibol”, „homofob”. A już w ogóle jak jesteś jeszcze zorientowanym hetero to połączenie grozi nitro-eksplozją, gdzie nitro stanowią twoje zaściankowe poglądy. Nie ma znaczenia, że w sumie przecież napisałeś, że nie masz nic do ludzi o odmiennej orientacji, czy innego wyznania. Jeśli się nie zgadzasz jakkolwiek i wytykasz błąd lub hipokryzję… cóż, grasz w przeciwnej drużynie, przyjacielu. Więc jesteś online-wrogiem. Pogódź się z łatką hejtera i idź się zamknąć w sobie tam, gdzie internet nie dociera. Broń boże, żebyś dotykał więcej klawiatury! Przepadnij zmoro średniowiecza!

Przesadzam? Uwierzcie mi, że tak właśnie się poczułam. Mimo że nikomu nie odbieram prawa do życia, współczuję piętnowanym z różnych powodów (nie tylko z powodu orientacji takiej czy siakiej) i chętnie podejmę dialog z każdą otwartą na dyskusję osobą, to zostałam przegoniona. Jak trędowata!

Mojego zdania na temat jednak samego zjawiska tolerancji w dzisiejszym świecie i w tej szerokości geograficznej tu nie uświadczycie. No way! Ale jestem głęboko wierząca. Moją religią jest wiara w otwarty umysł na każdy dialog. Chciałabym, by nasze dzieci dorastały w świecie bez cenzury, gdzie cenić się będzie otwarty umysł i dyskusję bez dyktatu nowoczesnej kultury. Gdzie każdy będzie mógł mieć swoje zdanie i prawo do jego obrony, za co nie zostanie napiętnowany albo odrzucony. Ja zatroszczę się o to, by ta nasza podopieczna w każdym razie taką otwartą głową dysponowała.

Edit: niestety mojej dyskusji z Tolerancyjną (hehe, rozumiecie już żart?) nie znajdziecie na jej blogu, bo dostałam permanentnego bana, a moje komentarze pod jej postem zostały usunięte. Wszystkie. Jak jeden mąż. Dobrze, że istnieje funkcja printscreen 😉

Życzę wam, żebyście pośród tego ognia hejtu, od którego nuży już to słowo na „t” ostatnio bardzo chodliwe, ze zdrowym rozsądkiem, ale i szczerze wobec siebie samych  znaleźli środek własnego zdania. I sumienia. Bez tych wszystkich tęcz, krzyży, fakerów i innych symboli kulturowych na plecach. W tym miejscu w każdym razie zawsze będziecie mogli powiedzieć głośno swoje zdanie i nikt was nie zlinczuje. Jeśli mam być nazywana tą nietolerancyjną to jestem nietolerancyjna wobec zamykania się na dyskusję. W tym miejscu jest ona święta. Ave, bracia i siostry. Śpijcie dziś spokojnie.

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media