(Nie)Najważniejszy Dzień w życiu

Długo zastanawiałam się, czy przyznać wam się do tego. No bo jak to?! Dzień ślubu przecież - oczywista oczywistość! - to z założenia najważniejszy dzień w życiu każdej panny na wydaniu. To jest JEJ dzień. I ona na pewno w tym dniu będzie się czuła jak Pani Świata, spełnią się wszystkie jej marzenia, te wiecie, z jednorożcami załatwiającymi się tęczą itepe, itede. Ale co w sytuacji, kiedy panna już od dawna nie czuje się i nie jest panną. Aha, no i jest mamą. I w dodatku czuje, że ten najcudowniejszy dzień, hm... już w jej życiu się zdarzył. I, wiecie, nie był jeden.

Wiem, wiem. Błysk, światła reflektorów skierowane tylko na nas, prawdziwe show, wszystkie oczy wpatrzone w każdy gest, czychające jak paparazzi na choćby skinienie. Kwiatki, miłość, znowu błyski, więcej kwiatów, wszystkie te twarze, światła i znowu brawa. Ktoś z sali krzyczy "więcej!", dookoła każdy robi zdjęcia, wszyscy mają jakieś pytanie, wręczają nam piękne życzenia. A w tym wszystkim jest jeszcze On. Kręci się gdzieś po środku tego zamieszania, robi dobrą minę do tej gry, która wymaga od niego pewnych ram. Wie, że to jeden dzień i jutro już powoli wszystko zacznie wracać do normalności. Powinien być szczęśliwy. J E S T szczęśliwy. Ale to nie jest z powodu tego dnia. Wiecie dlaczego? Zaraz wam opowiem..

Kobieta, która nie uważa, że ślub jest najważniejszym dniem w całym jej życiu – to taka istnieje?! A no. Istnieje. I ma się całkiem nieźle. W dodatku 6 grudnia (czyż to nie najpiękniejsza data na świecie?) została mamą cudownych 54 cm i 3150 kg czystego szczęścia. Bo, widzicie, ona wie, że takich najważniejszych dni zdarzyło się w jej życiu już kilka. Wszystkie były wyjątkowe i w tamtym momencie były najważniejszymi dniami w całym jej życiu. I nigdy ich nie zapomni. A ślub, choć był romantyczny, wzruszający, taki wymarzony to… cóż, również był jednym z tych dni, które zapamięta na zawsze. Ale… to nie był najważniejszy z najważniejszych dni w całym moim życiu.

Szczerze mówiąc, wiele rzeczy bym zmieniła. W dodatku w mojej głowie nie było miejsca wyłącznie na podekscytowanie tym, że on przysięgnie mi, że to już na zawsze. Na dobre i złe. Tę przysięgę złożył, kiedy był ze mną na sali porodowej, kiedy rodziła się Asia. W mojej głowie od rana do wieczora wciąż pojawiały się kolejne zadania do zrobienia i sprawy, których nie mogłam odłożyć i z nich zrezygnować, byle tylko zatopić się w tym dniu i zapomnieć o bożym świecie. Mamy dziecko. Wówczas sześciomiesięczniaka, który z mamą nie rozstawał się niemal nawet na chwilę. Cudowną dziewczynkę o maminych oczach, która potrzebowała w tym całym zamieszaniu obojga rodziców. Potrzebowała czuć się bezpiecznie. Asia zdominowała ten dzień, bo wiedzieliśmy jak trudne będzie to dla niej wydarzenie. My zaaferowani wszystkim dookoła i ona z długimi przerwami w naszej obecności. To było bardzo trudne. I dla niej, i dla nas. Owszem, to był nasz dzień, ale nie mogliśmy zapomnieć o tej, która urodziła się z naszej miłości… dlatego choć wszyscy wkoło powtarzali mi „daj spokój, przeżyje”, „to wasz dzień, reszta się nie liczy”, „Asia da sobie radę” i tak dalej, to nie czułam się pewnie zostawiając ją w tym dniu na długie godziny. Może też dlatego nie czułam, że to był ten najważniejszy dzień w moim życiu. 

Michał powiedział mi kiedyś coś, co strasznie wryło mi się gdzieś w pamięć i chyba nigdy jej nie opuści. Rozmawialiśmy wtedy o związkach i zbliżającym się naszym ślubie. Byłam zaaferowana przygotowaniami, czułam, że ten dzień będzie dla mnie bardzo ważny i, że bardzo bym chciała a nawet, że życzyłabym sobie, by wszystko było takie… wymarzone. Jak z mojej bajki, którą odtwarzam w głowie w kółko i w kółko, znowu. Że zapamiętamy ten dzień na zawsze. Że będzie on dokładnie taki, jak to sobie wymarzyłam już dawno temu. Że będę miała piękną suknię – do samej ziemi! Że emocje będą w nas skakać i szaleć. I że pewnie się rozpłaczę podczas przysięgi. Że powiemy sobie to magiczne tak, które nas nierozerwalnie złączy. I że…

To musisz usłyszeć to „tak”, żebyś wiedziała, że cię kocham?

Zatkana po raz pierwszy.

Powiedział mi też wtedy: ludzie właśnie dziwnie do tego wszystkiego podchodzą. Myślą, że wezmą w kościele ślub i od tej pory zaleje ich niewiadomo jaka miłość. A przecież to wszystko zaczyna się wcześniej. Nie musisz dostać kawałka metalu, żeby wiedzieć, że jesteś dla mnie najważniejsza.

Zatkana po raz drugi.

Gdybyś nie była, to nie byłbym z Tobą.

Zatkana po raz trzeci. Reszty nie trzeba.

Wierzcie mi, kiedy to usłyszałam (Michał do tych wylewnych nie należy), nogi mi się ugieły i zaczęłam się zastanawiać po co to wszystko. Przecież tak właśnie jest. Nic między nami nie urodziło się wczoraj. Nie zobaczyłam go po raz pierwszy tam – przed ołtarzem. Znam go od lat. Jest moim mężem od dawna. Kochankiem, najlepszym przyjacielem, towarzyszem w każdej podróży, wierną, zaufaną bratnią duszą. W dodatku mamy dziecko, nasz największy dowód miłości. Jak mogłam więc sądzić, że ten dzień będzie najważniejszy w całym moim życiu?

Ten dzień już się zdarzył. Przyszedł kilka razy. Kiedy po raz pierwszy powiedział, że mnie kocha. Kiedy zrezygnował dla mnie ze swojego pączka (nie zrozumiecie tego poświęcenia, nawet ja go nie rozumiem😂). Kiedy powiedział mi to wyżej. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, a on… on skakał z radości. Kiedy rodziła się nasza córka. Kiedy wróciliśmy ze szpitala do domu, a on rozwiesił dla nas balony. Kto go zna, ten wie, że on takich rzeczy nie robi… ale zrobił. Tym razem zrobił. Dla nas.
Mój mąż przy okazji tej rozmowy powiedział mi też, że nie rozumie – zresztą mam takie same odczucia, kiedy ktoś opowiada, że gdy się oświadczał, to czuł pewność, że to jest właśnie ta osoba. To znaczy, że wcześniej tego nie czuł? Że musiał klęknąć, żeby się tego dowiedzieć? Że musiał stanąć przed księdzem, żeby to zrozumieć? Czyli ryzyk-fizyk? Albo mówiąc to słynne „tak” poczujesz, że chcesz być z nią/nim na zawsze albo nie? Ja się na to nie piszę. Miłość nie pojawia się magicznie i magicznie nie znika. Tak samo jak pewność co do ukochanej osoby. Albo się jest pewnym, że chce być się z kimś na zawsze albo nie. Wtedy ślub jest tylko i aż świętem waszej miłości a nie dowodem na nią, jak sądzą niektórzy.

Ślub nie zdecydował o tym, że kochamy się bardziej. Choć głos mi zadrżał, kiedy mówiłam „tak”. I kiedy widziałam jego oczy, gdy ucałowałam jego dłoń po założeniu obrączki. Ślub był symbolem, świętym dniem naszej miłości, ale nie stał się jej podsumowaniem. Dołożyliśmy starań by był wymarzony. Nie wszystko oczywiście poszło po naszej myśli (o tym już niedługo), ale był taki jaki chcieliśmy, żeby był. To był NASZ dzień. W ślubnym prezencie od męża dostałam nawet możliwość zrobienia sobie z nim miliona zdjęć i to bez protestów! No, chyba na serio mnie kocha. I była w tym pewna magia. Ja biegająca boso do zdjęć nad Drawskiem – jeziorem naszego dzieciństwa, otoczona głęboką zielenią naszej polskiej roślinności, zapachem jeziora i lasu, błękitnym letnim niebem. Jego ramionami. To dom. I w tym wszystkim my. Ja i On. To był najważniejszy dzień, ale nie pierwszy i nie ostatni. Bo tych najważniejszych jeszcze kilka będzie, a wiele już było. I choć naprawdę nie dlatego codziennie kocham go bardziej, bo założył mi kawałek złota na serdeczny palec, to był bardzo wyjątkowy czas dla nas obojga. I zapamiętamy go na zawsze. A jak mężusiowi się w razie zapomni, to go zasypię tym tryliardem zdjęć, które dał sobie zrobić 😎.

A te cudowne zdjęcia mamy od Story Catcher o bardzo pieknym imieniu 🙂

dziękujemy, Asiu! ;* <3

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media