Nie róbcie listy postanowień w nowym roku! Zamieńcie je na przyjemności

Szukałam, szukałam i grzebałam we wszystkich możliwych źródłach w poszukiwaniu metody, by znieść to całe: od 1 stycznia zaczynam dietę, fitness, czytać 1 książkę dziennie, yogę, aromaterapię, naukę hiszpańskiego itp., i zrobić to z godnością. Cóż, powiem ci tak. Nic tak nie boli jak rozczarowanie własną osobą. Ale nie martw się, bo nie zostawię cię w potrzebie. Znalazłam w końcu ten sposób. I jest on kluczem do sukcesu.

Co styczeń ten sam schemat: nowy rok - nowa ja. Pod ręką długopis i 1578 czystych kartek do zapisania nowych planów i postanowień. Tylko, że to wszystko złamanego tynfa  niewarte. Ale i tak snuję kolejne postanowienia w takim nadmiarze, że nawet 10% nie jestem w stanie zrealizować. Jestem wręcz przekonana, że przecież 365 dni to kawał czasu, żeby zrobić w końcu rzeźbę z tej z masy, przeczytać regał książek, który się ostatnio nazbierał i spełnić w końcu marzenia o podróżach w nieznane, na które nie było czasu... W tym roku też zaczęłam od listy "1 000 000 rzeczy do zrobienia w 2020". A guzik! Nie będzie żadnej listy! Będą za to przyjemności!

reszta mamy postanowienia noworoczne

Tym razem będzie inaczej. Nie dam się! Nie postanowię NIC! I to nic będę robić…  – tak pisałam do ciebie i do siebie równo dwa lata temu. Pisałam jakbym siebie nie znała. I co z tego, że tym razem miałam być mądrzejsza od siebie i nie postanawiać nic. Szybko przyszło opamiętanie i już po pierwszym tygodniu upierania się przy nic nie robieniu zrozumiałam, że ja tak naprawdę nie potrafię.

W głowie od początku miałam dokładnie zaplanowany kalendarz małych sukcesów, wielkich oczekiwań i naszpikowanych działaniem bez wytchnienia planów rozwojowych. Lubię planować. Lubię mieć pomysł na siebie, na kolejny tydzień, miesiąc, rok. Na każdą dziedzinę życia. I tak, jestem z tych, którym żyłka na skroni pulsuje ilekroć jakiś misterny plan się wysypie. Taka już jestem, życie. Zaczęłam więc wyznawać i trzymać się kurczowo jednej zasady: nie działaj wbrew sobie. Jeżeli masz zmienić w sobie jakiś nawyk – daj sobie czas, małe kroki, obserwuj, ucz się, a potem wypróbuj sama. Bez ciśnienia, że musisz, że koniecznie, że tak trzeba, że lato jest za 6 miesięcy, więc ASAP! Bierz się do roboty. Nie. Koniec z muszeniem, koniecznościami, naciskaniem, forsowaniem wbrew sobie.

Wyrzuty sumienia wyrzuć do kosza!

Dlatego mam dziś dla was parafialne ogłoszenie: nie będzie żadnych postanowień na tym blogu. Będą starania, obietnice, marzenia i worek przyjemności dla każdego, kto będzie śledził uważnie… I zaczynamy od już, teraz, natychmiast! Zatem jeśli zdążyłaś przygotować sobie długą listę planów i noworocznych postanowień w tej chwili wyrzuć ją do kosza! Szkoda marnować twojego czasu, twoich nowych 365 dni na to, co trzeba zrobić, co musisz zaplanować i wykonać… daj spokój, Jadźka, daj ten rok sobie, by siebie pokochać i wybaczyć sobie niedoskonałości. A wyrzuty sumienia… cóż, zostaw je sobie na lepszą okazję niż ta, w której gnębisz siebie za to, że nie trzymałaś się ścisłej diety. Wszystko w końcu jest dla ludzi. Balans, kochanie, to klucz.

Co by się niektórzy nie fatygowali niepotrzebnie od razu krzyczę, że to nie jest bunt matki zmęczonej. Otóż nie. To jest całkiem nowy przepis na udany nowy rok, który wcale nie musi nas dołować ścisłymi dietami, treningami od rana do wieczora, nieustającym rozwojem doprowadzającym do depresji i stwierdzenia, że nie nadajemy się do niczego już od samego początku. Nie. To nie tak.

No to jak w ten nowy rok?

Całkiem prosto. Jeśli – używam tego słowa po raz ostatni – postanowiliście się odchudzać, wiecie, lato za pasem, bojler nie kaloryfer, przestańcie postanawiać. Zacznijcie to robić. Ale nie, nie w ten nieudany do tej pory sposób robienia wszystkiego na siłę. Nie. Znajdźcie to, co wam pomoże powrócić do stanu sprzed kilku lat i z czego będziecie mieli przyjemność. Bez tego zżymania się nad trudami i wylanym potem podczas wyciągania sztangi na klatę. Zadajcie sobie jedno ważne, ale to wiecie jak ważne pytanie: co robiąc sprawia wam przyjemność. A potem, jak mawiał klasyk, zacznijcie to robić. Bez „muszenia”, „potrzeby”, „bo jak ja będę wyglądać”. Zróbcie to z frajdą!

nie tłumacz się dzialaj
Wiecie, miałam taki czas rok przed ciążą, że zapisałam się do jakiegoś studia na tańce. I tak sobie chodziłam pląsać pół roku. No i fajnie było. I miałam z tego dużo przyjemności, a w dodatku – suprajs, suprajs! – trochę poprawiłam kondycję, pomogłam mojemu ciału złapać równowagę i w końcu miałam też inny sposób, żeby odszukać balans w głowie i wyluzować. Bo, wiecie, czasami w pracy nie idzie, właśnie zepsułaś drukarkę (#jaktomożliwe), kurier z paczką potrzebną na wczoraj się spóźnia, a do tego po całym dniu użerania się z własnym życiem na koniec jeszcze zdążyłaś pokłócić się z mężem o byle pierdołę, #botak #wstrętnehormony. I weź tu wyluzuj. No i powiem wam, że jak tak odkryłam, co mnie stawia na nogi, co mi przywraca wiarę w lepszy dzień to było łatwiej. I do tej pracy zebrać się łatwiej, i dla męża być milszą łatwiej, i dla siebie samej być w końcu opoką a nie przeszkodą – też łatwiej.

Jeśli planujecie przeczytać 40 zaległych tytułów w tym roku, nie musicie zmuszać się do czytania 10 min przed snem każdego dnia. Sama próbowałam i na mnie ten sposób nie działa. Ale wiecie, co działa? Atmosfera. Atmosfera skupiona pod ciepłym kocem, z kubkiem gorącej ulubionej herbaty, 15 minut bezwzględnej ciszy, a przed tym jeszcze ciepły prysznic… wierzcie mi, działa bardzo rozluźniająco i motywująco, żeby wyluzować jeszcze bardziej, odciąć się na chwilę od świata i utknąć gdzieś między 7 a 9 rozdziałem wybranej książki. Tylko uważajcie, bo jeżeli nie istnieją czynniki przeszkadzające w waszym najbliższym otoczeniu, to z tego 7-9 rozdziału może się zrobić 23… Wiem, brzmi groźnie, ale na to lekarstwa nie mam. Pamiętajcie tylko, żeby idąc do pracy podmalować te sine wory pod oczami jakimś podkładem, żeby nikt w waszym imieniu nie dzwonił na niebieską linię.

A jeśli obiecaliście sobie w tym roku, że rozwiniecie skrzydła, poszerzycie horyzonty wiedzy, to mam dla was następną dobrą nowinę – jest sposób, by tej obietnicy dotrzymać. Zaangażujcie kogoś jeszcze w ten wybrany kurs, szkolenie, wyzwanie. Łatwiej będzie wam je zrealizować, jeśli będziecie mieli kogoś, z kim będzie można rozmawiać o ewentualnych problemach, ale przede wszystkim postępach i efektach. W końcu:

W KUPIE SIŁA!

Taki więc mam pomysł: ja wam obiecuję, że nic nie będę postanawiać, tylko będę działać, a wy możecie obiecać, co wam się podoba. Pod koniec roku sobie podsumujemy, co tam się pozmieniało u was i u mnie. Zobaczymy, jakie będą efekty tego naszego wspólnictwa! Widzicie, banalnie proste! Trzeba tylko odszukać w tym wszystkim radość i ZEN. Dlatego mam dla was jedną radę: znajdźcie to, co was rozwesela, co daje wam rozluźnienie, uszczęśliwia, sprawia, że czujecie się lepiej, coś, co pomoże wam znowu utrzymać się na tej linie – nawet gdybyście mieli jechać po niej monocyklem. Będzie o wiele prościej stawić czoła codzienności, jeśli gdzieś pod koniec tego dnia będziecie czekała na was przyjemność albo wspólnik w tej zbrodni, z którym będziecie mogli dzielić się bolączkami. A jeśli ta przyjemność lub/i wspólnik pomoże wam jeszcze osiągnąć te wszystkie noworoczne… obietnice, albo przynajmniej część z nich – dobra wasza! Właśnie zbliżyliście się do osiągnięcia sukcesu.

Balans, kochanie, to klucz

Bo żeby utrzymać się w tych tak zwanych ryzach nie musisz być non stop na full power, z pełną werwą do działania i wiecznie uśmiechnięta. Miej na uwadze, że nie zawsze tak będzie. W zasadzie to prawie nigdy tak nie będzie, bo wyzwania mają to do siebie, że… cóż, są wyzwaniami. To znaczy, że wymagają od nas przekroczenia tych granic, których wcześniej nie przekraczaliśmy a nawet tych, o których nie mieliśmy pojęcia, że trzeba je będzie w którymś momencie przekroczyć. A to z kolei brata się z potem, łzami, złością, chwilami bezsilności, zadawaniem pytań, szukaniem odpowiedzi, znajdowaniem w sobie jeszcze więcej siły, by wstać po każdym potknięciu. To normalne. Takie właśnie są zmiany. Dlatego nie martw się tym, że ciesząc się każdą spaloną kalorią masz wciąż przemożną ochotę na tabliczkę czekolady, czy że w tym tygodniu nie usiadłaś do choćby jednej strony chińskich domków, by wprawiać się w jednym z azjatyckich alfabetów. Zmęczenie materiału też jest całkiem normalne i w porządku. Ważne tylko, by pamiętać, że to nieuniknione w procesie nauki i podejmowania zmian. W końcu w szkole też masz przerwę, co 45 min co nie? 😉

Tak więc, kochanie, nie bądź na siebie zła za to, że pomimo trzymania się diety nadal po tygodniu, miesiącu, a nawet po pół roku ściga cię pragnienie połknięcia na raz tabliczki czekolady. To nie znaczy, że cały plan już wziął w łeb i teraz to już tylko tendencja wzrostowa… w szerz. Nie, nie, nie. To tylko chwila słabości. Pozwól sobie na nią. Pokochaj i zrozum tę część siebie, która potrzebuje czasami też pieszczot. Raz na jakiś czas warto pozwolić sobie na trochę rozpusty i rozluźniający deser. Jedyną rzeczą, o której powinnaś pamiętać to ustalenie sobie granicy, po której wrócisz na właściwe tory. Na przykład po jednym dniu rozpusty wracasz do normalności, co nie oznacza, że w przypadku diety musisz teraz przez tydzień robić głodówkę, nie, wystarczy, że znowu zaczniesz realizować to, co sobie założyłaś. I bez wyrzutów sumienia!

postanowienia reszta mamy

Znajdź własną równowagę

Choćbyś myślała, że to co przed tobą wydaje się niemożliwe do zrobienia to pomyśl, jak się zmieniłaś i czego dokonałaś już jako mama. Codziennie w twoich rękach spoczywa czyjeś życie. Co najmniej ta jedna para oczu jest cały czas skoncentrowana na tobie. I jeśli do tej pory ta mała istotka zasypia z uśmiechem na ustach i wyciąga do ciebie ramiona ilekroć pojawisz się w pobliżu, wiedz, że dokonałaś cudu. To najtrudniejsza rola na świecie. A jednak sobie poradziłaś. Co więc stoi na przeszkodzie, byś zrealizowała jakieś tam małe obietnice, które sobie dałaś? Tylko ty sama.

Cały ten rok dał mi wiele do myślenia. Poznałam lepiej siebie. Stanęłam twarz w twarz ze swoim lustrzanym odbiciem, zrozumiałam, co jest moją siłą, czego w sobie nie akceptuję, czym się katuję i co w sobie niesprawiedliwie usprawiedliwiam. Dałam sobie czas na zrobienie rachunku sumienia i pojęłam, że sęk w tym, by nie wpadać w depresję wmawiając sobie, że jestem do niczego! po każdym potknięciu, ale by dać sobie wówczas czas na zwolnienie i złapanie oddechu, równowagi, by móc znowu podjąć kolejne wyzwanie, zdobyć marzenie, cel, który sobie obiecałam.

Tylko pamiętaj, że nie ma też uniwersalnego przepisu na znajdowanie balansu, bo każdy z nas jest inny. Mój mąż potrafił medytować i to chyba od zawsze, bo ma taką spokojną naturę. Ja zaś… cóż, nie bez kozery mówi do mnie znowu jesteś tajfun ilekroć spokojnie – ekhem ekhem – coś mu perswaduję… 😉 ja się medytacji uczyłam lat kilka. I coraz lepiej mi idzie, ale wiele czasu zajęło mi też, by się do niej przekonać. Łatwiejszym sposobem była dla mnie zawsze ucieczka w książki. To mi pozwalało odetchnąć, popatrzeć z boku, pooddychać innym, fantastycznym powietrzem i złapać dystans. Do siebie, do sytuacji, do męża, do dziecka, do świata. Tak samo bieganie, z którym się nie lubię, ale wiem, że ma to jakiś związek z chemią w naszym  organizmie i hormonami. Zawsze po małym maratonie czułam się lepiej, zwarta i gotowa, by podjąć rękawice. To nie znaczy, że ten sposób sprawdzi się też w twoim przypadku, więc poszukaj własnego. Jeśli da ci ukojenie, pomoże złapać dystans i odnaleźć równowagę to będzie wystarczająco dobry, byś mogła wrócić do realizowania obietnic, marzeń i pragnień nawet jeżeli na chwilę zejdziesz z obranej drogi.

Moim golem, który ratuje mi skórę, gdy piórka nagle opadają jest kilka małych triczków, które pozwalają mi po chwili zapomnienia znowu się dźwignąć na nogi.

Z tych prywatnych małych frajd wygrzebałam oprócz książek, biegania oraz medytacji, Michała i nasze rozmowy zmieniające świat, motywujące, stawiające do pionu, wytyczające nowy kurs, gruby koc, ulubiony kubek gorącej herbaty, 4 gramy czasu wyłącznie dla siebie.I jeszcze ktoś, kto nie daje mi osiąść na laurach, co wiele razy sprawiało, że dziwiłam się, jak wiele jeszcze mogę wykrzesać z siebie mocy i siły, gdy tak naprawdę czuję się całkowicie zdemotywowana i bezsilna. Oprócz mojego męża, od którego zaczął się ten cały galimatias, Króliczka jest moją największą inspiracją i kopem do działania. Przekonałam się o tym, kiedy zostałam mamą. Przed nami nadal ogromne wyzwanie. Ojcem i matką jest się od początku, ale tatą i mamą nie jest wcale łatwo zostać. I NIE POSTANAWIAM się tą mamą stać. Za to obiecuję sobie, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby być nią od zaraz.

I, wiecie co, musi mi się udać 😉

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media