Pierwszy rok bloga! ❤ Resztamamy.pl

Nie mogę w to uwierzyć. To już rok! Pierwszy rok bloga! Chciałam wam tu wystrzelić z fajerwerkami już 21 września, ale ze względu na okoliczności chorobowo-domowe musiałam zweryfikować swoje plany - jak zawsze! I chwilowo przełożyć świętowanie, ale  dziś wracam do was z petardami i niespodziewajkami. Chodźcie dalej! Muszę wam coś koniecznie powiedzieć.

Petarda! Śpiewam już od kilku dni wkółko ten sam zwrot, chodzą ciągle z Asią na rękach za Michałem i podskakuję do złudzenia powtarzając mu, że to właśnie minął. Pierwszy rok bloga! On już mnie, biedny, nie może słuchać, ale jak tu się nie cieszyć?! Przybyło tu wiele radości, wiele pięknych wspomnień - również waszych. Bo to wy budujecie też to miejsce, jesteście ścianami na fundamentach, które tu stworzyłam. Dziękuję, że jesteście! I właśnie z tej okazji będę rozdawać kilka kropelek radości. No bo kto nie lubi zakupów?!

Serio, wiecie, że to już rok minął od kiedy po raz pierwszy opublikowałam post na tym blogu?! Mimo to ważniejszy był dla mnie drugi wpis, który liczył 879 znaków i jako pierwszy z blogowych pojawił się na facebooku. Nigdy nie będziesz gotowa na dziecko… i choć wtedy naprawdę nie czułam się pewnie w tej nowej roli, to dziś bogatsza w doświadczenia wiem, że ta gotowość pojawiła się w momencie, kiedy O N A pojawiła się na świecie i skradła mi .Wciąż pamiętam te emocje, kiedy głaszcząc Asię przebywającą jeszcze w swoim pierwszym pokoju pod moim sercem czekałam na pierwszą reakcję z waszej strony i… wiecie co? Byłam najszczęśliwszą osobą pod naszym słońcem w tamtym momencie, kiedy jedna z was rozpoczęła całkiem naturalną dyskusję wspominając swoją pierwszą ciążę. To było jak sen, który się spełnia. Tego właśnie chciałam. Miejsca, które dla was i dla mnie będzie stolikiem i kanapą w salonie, na tarasie, w kawiarni. Gdzie będziemy plotkować, przybijać piątkę, skarżyć się na stosy prania i opowiadać o tym, co u nas nowego i co starego. Dziękuję za ten pierwszy rok. Dziękuję, że pomagacie tworzyć mi ten kawowy stolik. Działamy dalej z pełną mocą!

Jeżeli przez ten rok dowiedziałam się czegoś szczególnego o macierzyństwie, co najbardziej mnie zaskoczyło i miałabym to zamknąć w jednym słowie, to powiedziałabym, że macierzyństwo jest nieobliczalne. Niemożliwe i nigdy to słowa, które w naszych słownikach – mam, mateczek, matuniek, mamuniek – pojawiają się tylko raz. By podkreślić, że dla nas nie istnieją. I to pogrubioną czcionką. Rok temu, kiedy po raz pierwszy opublikowałam post nie wiedziałam jeszcze w jakim kierunku zmierzam. Dokąd zaprowadzi mnie ta nowa rola, która piętrzyła przede mną stosy pytań znacznie większych od aktualnych gór prania, kiedy wszyscy leżymy w domu porozkładani z gilem do pasa i wagonem chusteczek w ręce. Nie spodziewałam się, jak odbierzecie moje słowa i jakie emocje dokładnie w was wzbudzą. Nie wiedziałam, jak budowanie tego miejsca, postawienie ścian, wypełnienie tej przestrzeni całymi zdaniami i waszymi odpowiedziami, jak to wszystko wpłynie na mnie, jak mnie zmieni, co przyniesie w moim życiu.

Przyniosło więcej niż mogłam oczekiwać.

Czuję się dojrzalsza i bardziej pewna siebie. Ważne było dla mnie, żeby oprócz bycia mamą, pozostać także sobą. Dlatego ważnymi postami dla mnie tutaj były te dwa:

Nie bądź męczennicą. Bądź mamą

Nie musisz być tytanowa

I jasne, że pozostanie sobą w tym całym galimatiasie i urwaniu głowy jest ważne. Ciągle przecież świadczy o tym, że nie zwariowałyśmy i nikt nie musi za nami latać z kaftanem. Zdrowy egoizm jest potrzebny. Nawet w życiu matki. Ale język w supeł każdego kto zaprzeczy, że nic nie mierzy się z momentem, kiedy ten twój ósmy cud świata po raz pierwszy powie to słowo.

Słowo na m.

Najpiękniejsze na świecie. Nic nie może się równać z tym momentem, gdy je słyszysz. Wtedy po prostu wybuchasz niewysłowionym szczęściem, dumą, euforią, stajesz się emocjonalną Etną. To był jeden z najważniejszych momentów w moim życiu. Moment, kiedy Asia po raz pierwszy powiedziała M A M A.

I nic – NIC! – nawet trzy pałace Nottingham zbudowane z pączków i wypchane pączkami nie dorównają tej euforii, którą czujesz, gdy je słyszysz.

A propo emocji. Nauczyłam się, że dziecko czuje je wszystkie. Kiedy fruwają w powietrzu. Kiedy stają się małymi bąbelkami powietrza, które każdy kurczak łyka jak kaszę z jabłkiem – błyskawicznie. Dziecko naprawdę czuje wszystkie twoje emocje. Dlatego codziennie uczę się na nowo je dostrzegać, żyć z nimi w zgodzie i szanować, akceptować je wszystkie. Jestem spokojniejsza. Spokojniejsza, że mam to miejsce, które jest moje. W którym zawsze znajdzie się dość przestrzeni na wolne myśli i otwartą głowę. Tego chciałam. Miejsca, które stanie się dla kogoś ulubionym pokojem dyskusyjnym, wyjściem z koleżanką do kawiarni, oderwaniem się od rzeczywistości i trwanie w niej nadal, kiedy w słowach odnajdziesz część siebie. Bo znam to doskonale. Sama wiele razy miałam to uczucie, czytając książki, wywiady, blogi. Nie raz i nie dwa w mojej głowie pojawiało się zdanie: hej, ja też tak mam.

A ten blog jest między innymi po to, żeby tym sytuacjom, które mnie denerwują, zmieniają, wprowadzają zamieszanie w przyjętym stanie rzeczy móc poprzyglądać się z odległości. Stąd mogę się sobie przyglądać z dystansem. Weryfikować moją upartość – czasami całkowicie bezzasadną, budować pewność siebie, wierzyć, że to co robię może komuś się przyda, może poczuje się dzięki temu miejscu lepiej, może zechce tu wrócić. Nie raz. I nie dwa. Tu mogę z bezpiecznej odległości ocenić sytuację, wypowiedzieć na głos myśli, które tłuką mi się po głowie nie mogąc znaleźć sobie miejsce, a kiedy już się wygodnie usadowią – przynoszą rozwiązanie. Cieszę się tym samym, że i wy tu jesteście. Że odpowiadacie na pytania, dokładacie swoje wspomnienia, cegiełki do kolejnych ścian tego domu. Mam nadzieję, że wkrótce z małej chatki wyrośnie tu wielkie miasto pełne zdań i otwartych głów, silnych, pewnych siebie kobiet i chętnie rozmawiających mężczyzn (tak tak, Panowie, wiem, że tu jesteście, choć póki co bardziej cisi). Życzę tego sobie i wam, żeby to miejsce stało się naszym wielkim okrągłym stołem pełnym kawy, herbaty i pączków! 🍩 ☕

Tymczasem jeszcze zamiast pączków mam dla was małą niespodziewajkę…

Bo skoro to pierwszy rok bloga to… ROBIMY KONKURS! Dawno go tutaj nie było. Na początku chciałam wam zadać pytanie o to, który z postów na blogu najlepiej zapamiętaliście i dlaczego, ale to nieistotne, bo każdy z nich mógł być dla was inaczej ważny, kiedy go czytaliście, a inny stosunek emocjonalny będzie wam towarzyszył, kiedy wrócilibyście do niego teraz. Poza tym co to za próżniactwo! Nie chcę tu tworzyć kółka mamusiek wzajemnej adoracji, bo i nie w tym rzecz, więc po prostu bawmy się! Przyszła jesień. Bywa, że jest okropna, wprowadza nas w nastrój często wegetatywny, ale dobrze wiecie, że lubię walczyć z tym, co niewygodne, więc do roboty. Pokażmy tej jesieni, że i my z naszymi kurczakami potrafimy znaleźć dobre momenty, cudowne wibracje, kontener słonecznej ciepłej energii. Wrzucajcie zdjęcia pod postem powiązanym z tym wpisem na Facebooku. Interpretacja dowolna. Możecie chować się pod kocem z latarką i Chatką Puchatka, ganiać po ulicy w stroju kąpielowym (choć zapalenie płuc lubi takich wyrywnych więc raczej odpuściłabym ten pomysł…), piec wspólnie ciasta, utapiać się w kopcach kolorowych liści, piec wspólnie szarlotki – róbta co chceta! Pokażcie przygnębieniu i jesieni język 🙂 Konkurs trwa do 15.10.2018 do północy. Wyniki ogłoszę w ciągu 3 następnych dni po. Organizatorem konkursu nie jest ani Facebook, ani Instagram, ani żadne inne sociale. Mam nadzieję, że będziecie bawić się przednie i swoimi pomysłami zarazicie wszystkich napotkanych ponuraków. Regulamin konkursu znajdziecie w notatkach na Facebooku pod nazwą Pierwszy Rok Bloga resztamamy.pl . Do wygrania 5 kart do Smyka o wartości 30 zł sztuka dla tych mega niedających się szarości i 5 kolejnych do Smyka z nabitą dyszką dla tych, którzy się wyróżnią. Chciałabym, żeby w zabawie wzięło udział jak najwięcej osób, by zarażać się dobrą energią, więc niech każdy z was zaprosi 3 facebookowych znajomych do zabawy w komentarzu pod opublikowanych zdjęciem. Heja ho!

A tymczasem chciałabym wam przypomnieć pewne zdjęcie, które u nas stoi na półce od samego początku…

Pamiętacie je? To pierwsze zdjęcie Joanny vel Kurczaka. To ona jest tym początkiem. Jest nowym życiem. Tchnęła je z pierwszym swym oddechem w naszą rodzinę. To zdjęcie wykonane przez Tatę, który był z nami przez ten cały czas. Gdy się rodziła. Gdy przychodziło na świat nasze dziecko. Czysta, nieskrępowana miłość. Nie wiem do dziś jak on to wytrzymał. I co z tego, że był płacz, łzy, krzyk. Że to był jednocześnie największy ból i największe szczęście, jakiego doświadczyłam w całym swoim życiu. Oni byli tam ze mną. Obydwoje. Dziś, kiedy to wspominam, pamiętam wszystko co do sekundy, każdy moment, którego nie przespałam😂. Wiecie, gdy zdarzają się cuda, takie jak narodziny nowego życia, chyba nie można przyglądać im się obojętnie. Krzyczcie, gdy je oglądacie. Płaczcie, jeśli zostaliście poruszeni do głębi. Bo właśnie zdarzył się cud. Ktoś poruszył wasze serce.

Była absolutnie jakby… wymyślona. Nie z tego świata. Istota całkowicie idealna. Moja Asia. Nie ma i już nie będzie nigdy nic ważniejszego w moim życiu od nich. Oni są najważniejsi.

A jeśli nie mieliście okazji poczytać sobie wpisów z porodu, gdzie dokładnie mierzyłam się z tematem narodzin opisując blaski i cienie porodu w polskim szpitalu to zapraszam tu:

O moich doświadczeniach podczas porodu cz.I

Tata przy porodzie. Czy żałuję obecności męża? Poród cz. II

Plan porodu – czy mi się przydał? Wspomnienia z porodu cz. III

 

Pod tymi linkami znajdziecie wszystkie artykuły z porodówki, ale zachęcam do zajrzenia o TU. Znajdziecie w tej zakładce wszystkie wpisy z dziennika mamy z porodu, związanych z porodem i tym czasie tuż po. A działo się wtedy tak wiele…

I choć wiele mnie to kosztowało – wejście w tę nową rolę rodzica, to wierzcie mi, nie chciałabym innego życia. Już sobie nie wyobrażam, jak mogłoby ono wyglądać bez niej. Mam też takie nieodparte przeczucie, że zeżarłaby mnie żywcem nuda i Netflix. A teraz, hm, jakby to powiedzieć… nawet pisanie postów i włożenie w codzienność czasu dla bloga to istny hardcore, który wymaga zdolności organizacyjnych na poziomie Master of Disaster😂 zwłaszcza kiedy twojemu kurczakowi, mężowi i w dodatku tobie samej wisi gil, który kończy się gdzieś w okolicach pasa. No ale chciałam się tym z wami podzielić i zachęcić was do zabawy, bo jesień wcale nie musi być smętna, szara i nudna. I choć jestem ciepłolubna to przyznaję, że ta pora roku ma w sobie coś magicznego.

A więc bawmy się! Publikujcie foty, oszałamiajcie pomysłowością, kreatywnie spędźcie tą jesień i co najważniejsze: wracajcie do mnie. Mamy do zbudowania miasto otwartych głów! <3 publikujcie pod postami konkursowymi.

A tu macie. To dla was! Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy! Całą noc piekłam z myślą o was <3 razem z karmelowy.pl

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media