Przestań ze sobą walczyć.

W mojej głowie dzieje się ostatnio wiele dyskusji. Od kiedy pojawiła się Asia łajam się w duchu, że nie robię więcej. Rzadko ćwiczę, nie uczę się hiszpańskiego, porzuciłam jogę, zdarza się, że zamawiam obiad dla siebie i Michała, bo Asia musi mieć ugotowane domowe i tego świętego obowiązku nie zarzucam, ale mam pretensje z kolei, że obiady są często powtarzalne, a ja nie mam pomysłu na nowości. Zostały jeszcze książki, ale do nich mogę zaglądać prawie w każdej (wolnej) chwili - choćby i na placu zabaw przez zaledwie parę minut. Chociaż tyle. Czuję się wypalona.

Brakuje mi siły i chęci na to, żeby zadbać o siebie, zadbać o moje relacje z bliskimi mi osobami, z przyjaciółmi, których jest przecież tak niewielu, z rodziną i - do diabła! - nawet z Michałem! Spowiadam się z tego, że nie umiem, nie mogę, nie potrafię. I szczerze przyznaję, że straciłam trochę serca do tego miejsca, chęci do tworzenia. Chciałam z całych sił rozhulać to miejsce w przestrzeniach sieci, stworzyć kanapę dla Was i dla mnie - o rzeczywistą aromatyczną kawę musicie zadbać sami, sorry, nawet gdybym dostarczyła Wam ją kurierem pewnie zdążyłaby już wystygnąć, ale w sumie co tam matce przeszkadza... nieistotne.

resztamamy silna kobieta

Mimo tego zniechęcenia codziennie urabiam się po łokcie. Mimo że mam wsparcie mojego męża, cioci, która pomaga w opiece nad Asią, kiedy tego potrzebujemy, dziadków (i to z prawdziwego zdarzenia! Wiecie, obiadki, kartony zabawek, a jak jedziesz na wesele to nic się nie martw! Przecież zostaną, pomogą, dadzą radę). A mimo tego wszystkiego nadal czuję nieustające zmęczenie, brak mocy do działania, nawet brak motywacji. CO JEST ZE MNĄ NIE TAK?! Pytanie retoryczne, bo wiem, co jest.

Oczywiście, że Asia nie ucierpiała i nie ucierpi. Mama zawsze ma ful, nieskończoną ilość czasu, którą poświęci dziecku. Gorzej co prawda z energią, ale to da się załatwić. Jeśli jesteś mamą to wiesz, że worki z zapasem super mocy masz poupychane gdzieś w biustonoszu, kieszeniach i tajnych schowkach mamowej torebki i zawsze są na podorędziu, jeśli ich potrzebujesz. Co tam, że właśnie wybiła północ a ty słaniasz się na nogach? Przecież to minie. Wszystko nieodwołalnie mija i nic nie trwa wiecznie. Powtarzasz to sobie i dajesz radę. Bo taka jest prawda. Czerpiesz energię z wmówienia sobie, że jeśli teraz nie nauczysz się doceniać tych ulotnych momentów, kiedy poza brakiem siły nic ci nie doskwiera, a w domu zapanował raj odkąd kurczę nie ząbkuje, nie ma gorączki, nie napiło się jodyny i smarki nie wiszą mu do pasa, to wiesz, że one miną bezpowrotnie. A wraz z nimi szczęście, które mogłaś z tego czasu czerpać. Dlatego zakasujesz rękawy, siłą woli podnosisz powieki, na których drukowanymi literami napisałaś zamknięte do odwołania i podnosisz się z kolan jak Michalczewski po nokaucie. I znowu jesteś bohaterką w swoim domu. Nie ma takiej nocy, której byś nie podołała – czy to zęby, czy grypa.

I nagle jak fala wzbiera w tobie poczucie, że przecież masz to, czego chciałaś. Ukochane osoby, których zawsze pragnęłaś. Dom. Szczęśliwy, pełny miłości i ciepła dom. I już wiesz, że dasz radę. Zbierasz się w sobie i chłoniesz tę inspirację. Tryby poszły w ruch. Wracasz na swoje miejsce. Jest dobrze. Będzie jeszcze lepiej. Masz siłę. Jesteś niepokonana. Podołasz temu goliatowi.

… Tak prosto jest mi to napisać, i tak kosmicznie trudno przejść od myślenia (i pisania) do robienia. Są takie zdarzenia w naszym życiu, które działają jak impakt na całą rzeczywistość – zmieniają ją diametralnie, wpływają i nieodwołalnie wywracają do góry nogami. Nie chcę się tu rozczulać nad tym, co ostatnio się wykoleiło. W życiu chyba każdej i każdego z Was pewnie występują komety Halleya – zjawiska nader rzadkie, chociaż śmiało twierdzę, że nieodwracalnie wpływające na nasze postrzeganie świata. Nas też dotknęło. Brutalnie, mocno, do bólu. Ale już otrzepaliśmy kolana. Dalej jesteśmy jedno. Podnosimy głowę codziennie i walczymy dalej. Bo, wiecie, jest o co się bić. Jest rodzina, o którą będziemy walczyć zawsze. Jest Asia, nasza mała Króla, bez której nie bylibyśmy tu gdzie jesteśmy. To błogosławieństwo, którego pragnęliśmy, i które nas poniekąd stworzyło na nowo.

Ale wiecie, co mi doskwiera? To wszechobecne nagabywanie, że musisz być na sto pro (!), bo przecież masz dziecko. Zawsze musisz się uśmiechać, zawsze musisz być pełna szczęścia, matczynego ciepła i zadowolenia – nawet kiedy dziecko wymierza Ci cios, bo sprawdza na ile może sobie pozwolić. Nawet kiedy owsianka ląduje po raz enty na ścianie. Nawet kiedy po raz 34 wstałaś tej nocy słysząc ciche kwilenie i w sumie to nie wiesz, co jest nie tak, czy to znowu zęby, czy jakiś wirus się przypałętał, czy być może pisnęło ot tak, żeby sprawdzić, czy aby na pewno jesteś w pobliżu, wiesz, tak na wyciągnięcie ręki. Ty zawsze musisz być super bohaterką. Nawet jak jesteś zmęczona, boli cię głowa i dopadają początki przeziębienia. Nawet jeśli chciałaś po prostu obejrzeć jakiś film, który ostatnio oglądałaś jakieś 200 lat temu – ot tak, żeby się zresetować, albo nawet wtedy gdy chciałaś wyjść na randkę z dawno nie widzianą przyjaciółką. Jakie to ma znaczenie? Przecież dziecko zawsze musi być na pierwszym miejscu! Aha i pamiętaj, że  w domu musi być porządek, a Ty w każdym momencie (nawet jak właśnie wyszłaś po zakupy biegiem) musisz roztaczać aurę ciepłego domowego ogniska w każdym kącie chaty. Tam, gdzie pająki śpią też. Wiecie, mam trochę dość tego ciągłego dążenia do pucharu matki roku. Twierdzenia, że wszystko mi się udaje, panuję zawsze nad sytuacją (i nad sobą) i jestem jak McGyver – kreatywna jak pomysłowy Dobromir, silna i ze wszystkim zdążam na czas. No, sorry, ale nie. Nie zawsze mam siłę po raz 58 pozbierać klocki z podłogi. Nie zawsze mam ochotę słuchać Kundla Burego. Nie zawsze zawsze mam cierpliwość do znoszenia skoków po nogach.  Nie zawsze widzi mi się uśmiechanie do rozrzuconej na podłodze jajecznicy. Doskonała w swojej niedoskonałości. W tym jednym jestem naprawdę dobra. I nie będę za to przepraszać. Wierzę, że gdzieś tam być może istnieje mama, która świetnie daje sobie radę ze wszystkim, jej dziecko nawet przez minutę nie stało nigdy w zasikanym bodziaku, a ona z przyjemnością włączała po raz milionowy Pana Tik Taka i robiła to z uśmiechem na twarzy. Cóż. Nie znam tych kolorów. Ta mama jest dla mnie mityczna. Dlatego złości mnie to ciągłe mówienie: jesteś matką, a więc musisz! A guzik prawda. Nic nie muszę. I gdyby nie mój mąż to chyba bym oszalała.

Bo Michał na szczęście przychodzi mi z odsieczą w tych chwilach, kiedy po raz kolejny czuję się nijaka, słaba, zdemotywowana, zniechęcona po przeczytaniu na jakimś portalu znowu tego, że gdzieś w świecie jest mama, która kolejny dzień spędziła na zabawie z dzieckiem i nie zwariowała, wręcz super się bawiła – znowu! A ja… Boże, czuję się, jak jakaś wyrodna kobieta, która nie ma serca dla dziecka. Mam wyrzuty sumienia mimo, że poświęciłam całe życie dla mojej Króli. Dlaczego więc się pojawiają? Powiem wam dlaczego. Bo wszędzie słyszysz tylko, że jeśli miejsce, w którym właśnie zmaterializowało się twoje dziecko nie jest twoją ulubioną szerokością geograficzną, jeśli nie masz ochoty znowu wycierać szafek upaćkanych dżemem i to z uśmiechem na twarzy, to nie zasługujesz na to by być matką. A prawda jest taka, że nie jesteśmy robotami. Jesteśmy ludzkie. Też czujemy złość, frustrację, niepokój, smutek, bezsilność i nawet jeśli się to komuś nie podoba, to mamy do tego prawo. Nagabywanie, że przecież musisz się poświęcić cała od A do Z bo masz dziecko – razem ze swoimi pasjami, przyzwyczajeniami i fantazjami, – to nieludzkie wrzucanie w bardzo rygorystyczne ramy, które są zupełnie nie na miejscu.  Bo wiesz co, nie jesteś ani inkubatorem ani nosidłem. Jesteś człowiekiem, matką, którą ma nauczyć dziecko życia. I wierz mi, nie nauczysz go tego, porzucając siebie i zaczynając traktować siebie samą jak służącą. Przynieś, wynieś, przytul i pozamiataj. To tak nie działa. Ono nadal będzie cię kochać ze wszystkimi twoimi wadami, marzeniami, zaletami i pasjami. Nawet wtedy gdy wyjdziesz z domu na pół dnia, żeby pobyć sama ze sobą, pójść na lekcję hiszpańskiego, do fitnesclubu, czy na kawę z przyjaciółką. Nic się nie stanie, wierz mi. Miłość twojego dziecka nie wyparuje magicznie. Poza tym jak masz nauczyć je pewności siebie, skoro zachowujesz się jak neurotyczka nadskakująca na każde skinienie własnemu maluchowi? Jak myślisz, jaki komunikat wtedy wysyłasz? Bo myślę, że ta wiadomość ma dla niego coś wspólnego z przyszłym czekającym na niego niewolnictwem… więc jak ma stać się pewne siebie, skoro zaczyna domyślać się, że czeka je los posługacza? Jak ma być pewne swojej wartości, skoro myśli, że w przyszłości znajdzie się ktoś, kto będzie nim pomiatał? Nie rób z siebie ofiary. Nie rób tego – jeśli nie chcesz – dla siebie. Zrób dla dziecka.

Mam wspaniałą córkę, której za nic w świecie bym nie oddała i nie zmieniła, ale nie zawsze mam ochotę i siłę, by wymyślać 154 zabawę po całym dniu ganiania w tę i z powrotem, chowania się za zasłonką i wspólnego gotowania pierogów, z których farsz wylądował na suficie. Tak już jest. Nigdy nie powiem, że żałuję, że jest w moim świecie. Jestem dumna, że jest taka cudowna i jeśli miałabym jej czegoś życzyć to tego, żeby nigdy ten jej entuzjazm nie wyparował, bo jest naprawdę zaraźliwy. Jest najpiękniejszą z istot w całym Wszechświecie. Kocham ją całą sobą. Mimo że nie jestem mamą idealną dam jej wszystko, czego będzie potrzebowała i zadbam by była bezpieczna, dorastała w poczuciu miłości, czułości i spokoju, pewności, że zawsze dla niej będziemy – gdziekolwiek ją poniesie. Tego jestem pewna. Nie sztuką jest być maszyną i wiecznie się uśmiechać. Sztuką jest pozostać człowiekiem, zdać sobie sprawę ze swoich słabości i nie wyrzekać się siebie, kiedy jesteś zmęczona, brakuje ci motywacji i siły do działania, i masz wrażenie, że chyba zaraz oszalejesz z niemocy. Dziecko potrzebuje swojej ludzkiej mamy, a nie robokopa. Od kogo ma się w końcu nauczyć, że czuć się słabym, czasami pokonanym, sfrustrowanym to całkiem ludzka rzecz? I nie trzeba się jej wstydzić, tylko sobie z nią poradzić. Powitać jak drugą część siebie z otwartymi ramionami i stawić sobie samemu czoła. Pracować nad sobą, jasne, walczyć by być lepszym, ale nie zapominać o tym, że nadal pozostaje się człowiekiem. Z całym bagażem zalet i wad. Jesteśmy pełni i fantastyczni. Dlaczego musimy wyrzekać się tej części, która sprawia, że nadal jesteśmy ludzcy? A więc mamo pamiętaj, że:

Jesteś silna, nawet jeśli ze zmęczenia same zamykają ci się oczy.

Jesteś piękna, nawet jeśli 3 dzień pod rząd chodzisz w tym samym dresie.

Jesteś niezastąpiona, nawet jeśli dziecko właśnie próbuje ci pokazać, że ma focha i powinnaś znaleźć sobie inne miejsce na świecie.

Los ostatnio nas trochę sponiewierał, to był trudny rok, ale wracam i będę do Was mówić. Zostańcie, odejdźcie. Zostańcie. Nie jestem w stanie wam zagwarantować, że posty będą pojawiać się częściej niż 3 razy w tygodniu. Nie mogę dać Wam pewności, że 24h/7 będę online. Ale mogę Wam obiecać, że jeśli zostaniecie tu ze mną, to dam Wam kubeł szczerości i zawsze odpowiem, zawsze podejmę dialog i będę rozmawiać – choćby w nocy. Bo to jest kanapa. Moja kochana kanapa, na której podzielę się z wami tym, co dobre, wspaniałe, dodające siły i tym, co trudne, straszne, przerażające, bolące, wkurzające. Opowiadajcie i wy. Słucham.

I, wiecie co, chyba już mi lepiej.

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media