Akcja i reakcja. Społeczny obowiązek

Obiecałam sobie, że więcej tego nie zrobię. Bo poprzednim razem stchórzyłam. A potem zadałam sobie pytanie: dlaczego właściwie nie zrobiłam totalnie nic? Dlaczego minęłam tę kobietę i nie powiedziałam ani słowa? Wyrzuty sumienia, kiedy wróciłam do domu prawie mnie zjadły. Dlatego kiedy znowu stałam się świadkiem tej samej sytuacji nie pozostałam już bierna...

Poczułam, że to był mój społeczny - nie obywatelski, ale właśnie społeczny - obowiązek. I wiecie, co? Moja intuicja i sumienie miały racji. Powinnam tak zrobić. Poprzednik razem też, kiedy to się stało. Kiedy jednak pozostałam bierna, apatyczna. I z wyrzutami sumienia, które później nie pozwoliły mi spać.

pieluszka reszta mamy

Polska to mój dom. Kocham ten klimat małych miejscowości, w których wszyscy się znają, idziesz ulicą i nie ma bata, że nie znajdzie się ktoś znajomy komu nie odpowiesz cześć, dzień dobry, jak się masz. Ale i wkurza mnie, że każdy wie wszystko na temat każdego a nawet więcej niż sam zainteresowany byłby w stanie na swój temat wymyślić. Wścibskość to chyba taka nasza przywara narodowa. Efektem tej wady małych hermetycznych typowo polskich populacji małych mieścinek jest to, że społeczeństwo, które chce odkleić się od etykiety wiecznie wścibskich bab wtryniających nochala w nieswoje sprawy – milczy. Puszcza mimo oczu i uszu to co dobre, a coraz częściej niestety również to co złe. Żeby nie być tym ciekawskim natrętem.

Tylko, wiecie, społeczne zaangażowanie to nie jest natręctwo. Nie próbuje usprawiedliwić bezpodstawnego wściubiania się w nie swój interes, ale jeśli jest szansa, że obronisz kogoś przed krzywdą, która może mu się przytrafić to nie milcz. Krzycz! Krzycz tak głośno, jak potrafisz. I zwracaj uwagę. Jasne, że nie musisz się drzeć na ludzi. Wszystko można powiedzieć kulturalnie. Pomimo powtarzalności liter i ich układów w słowach mamy taki zasób w słowniku języka polskiego, który pozwala na merytoryczne i grzeczne przedstawienie swojego punktu widzenia.

I taka sytuacja, kiedy mogłam zareagować i powinnam była to zrobić zdarzyła się parę dni temu. I to w Poznaniu a nie w moim rodzinnym mieście. Ale przekonałam się, że i tu mieszkańcy osiedli tworzą swoje własne mikrospołeczności, które doskonale spełniają rolę tych małomiasteczkowych. Parę dni temu znowu zobaczyłam jak pewne młode małżeństwo szło sobie chodnikiem z dzieckiem śpiącym w wózku. I wszystko przecież spoko. Obrazek ładny. Śmieją się, wyglądają na zakochanych, więc ich dziecku na pewno nie brakuje tego co najważniejsze: miłości, bezpieczeństwa, ciepła. Ale był szczegół, który mi w tym obrazku totalnie nie grał.

Proszę, nie smażcie swoich dzieci.

Nawet jeśli miałoby je razić to okropne słońce, to niech je razi. Gwarantuję, że śpiące na spacerze maleństwo naprawdę nie obudzi się przez wlewające się przez powieki słońce. Za to może się ugotować pod przykryciem z pieluchy, która ma chronić – w sumie to nie wiem co? – wzrok? Bo na pewno nie samego pędraka. Temperatura w wózku niebezpiecznie rośnie, kiedy zakrywa się jedyny dopływ powietrza szmatką, kocykiem, pieluchą, pokrowcem (?) i te pe, i te de. Dziecko, które jest tak małe, nie potrafi oddać tak szybko tak wiele ciepła, nie mówiąc już o uzupełnianiu płynów w trakcie snu, które nie istnieje, kiedy śpi się w wózku a nie przy piersi mamy na przykład.

Błagam, nie róbcie tego swoim dzieciom. Macie je chronić, a nie rzucać na krawędź życia. To nie jest przesada. Ani hiperbola. Niestety smutna prawda.

Byłam do niedawna przekonana, że przecież tyle apeli ile się pojawiło dosłownie wszędzie – w sieci, w tv, w internetach i innych telewizjach śniadaniowych – wystarczyło, by każdy zrozumiał dlaczego przykrywanie wózka pielucha jest takie niebezpieczne. A mimo to dalej spotykam się z taką nierozwagą. Tu już nie chodzi o wtrącanie się w czyjeś życie, sposób wychowywania dzieci czy plucia na chodnik (czego też nie pochwalam i na co też zwróciłam ostatnio uwagę). Posłuchajcie, to sprawa życia i śmierci, a co najmniej zdrowia. Bezcennego zdrowia.

Bez ceregieli podeszłam do rodziców i przywitałam się grzecznie, po czym z uśmiechem zapytałam, czy może wiedzą o tym, że takie przykrywanie wózka powoduje, że temperatura w nim rośnie. Zapewniłam na początku, że nie chce ich skrzywdzić ani zranić, że robię to z czystej przezorności, życzliwości. Byli mili. Odpowiedzieli, że owszem, wiedzą o tym, ale chcieli, żeby dziecko dłużej pospało, bo zresztą i tak już dochodzą do domu. Mimo to na moją prośbę zdjęli pieluszkę. Podziękowali za reakcję. Rozstaliśmy się w pokoju i pieluchą zwiniętą i wsadzoną po chwili do koszyka pod wózkiem. Okay, thank you, have a nice day, bye bye. I nikomu się krzywda nie stała. Nie zostałam wyzwana od najgorszych. Nikt mnie nie opluł. Usłyszałam za to „dziękuję”.

To nawet nie chodzi o to głupie „dziękuję”. Raczej o to, że udało się komuś zwyczajnie pomóc nie narażając nikogo na przykre zdrowotne konsekwencje, czy – jak w przypadku rodziców mogłoby się stać – również prawne. Dlatego miejcie oczy szeroko otwarte. Słuchajcie. Także własnego sumienia. Nie bójcie się działania. Bójcie się bezczynności, apatii, bierności.

Pielucha, którą okrywa się wózek – powiem to po raz kolejny (a wy pewnie po raz milionowy o tym przeczytacie – znowu) powoduje, że w środku „w kabinie pasażera” temperatura rośnie o ok. 10°C. Zastanówcie się, czy chcielibyście być na miejscu pasażera, kiedy na termometrze bije ponad 30°C, a ktoś jedyny korytarz dla powietrza zamyka dodatkowo jakimś nakryciem. Chcielibyście się tak gotować? Bo ja nie. Jeśli byliście kiedyś w foliaku to śmiało możecie sobie przypomnieć tamto uczucie. Ono wiernie odwzorowuje to, co dzieje się w nakrytym wózku. Przestrzeżcie więc znajomych, bliskich, ciocie, babcie, wujków, mamy, tatusiów, koleżanki z osiedla – kogo się da przestrzeżcie przed tym aby tego nie robił. Napomknijcie temat. Upewnijcie się, że ta wiedza powszechna jest im dobrze znana i że oni czegoś takiego nie zrobią. Wierzcie mi, są dzieci na tym świecie – albo dopiero się pojawią, – które będą wam mega wdzięczne za te działanie. To nie jest obowiązek obywatelski. To społeczny obowiązek, który obowiązuje nas wszystkich. Gdyby kogoś bito na ulicy, zareagowalibyście? Gdyby ktoś leżał zakrwawiony na chodniku, wezwalibyście karetkę? Założę się, że tak. Dlaczego więc kiedy ciężar odpowiedzialności jest mniejszy – milczymy? Przecież to tylko taka niewinna pielucha. A jednak mogło stać się coś strasznego, coś bardzo smutnego. Nie zmienię tego, że poprzednim razem nie zareagowałam. Nie mogę tam wrócić na ten chodnik i nie mogę zatrzymać tej kobiety i po prostu z nią o tym porozmawiać. Że ta pielucha na wózku naprawdę może zagrażać życiu dziecka. Nie potrafię cofać czasu. Ale nigdy więcej nie odpuszczę. Nie minę. Nie przejdę obok. Obojętna. Apatyczna. Bezczynna. Nigdy więcej nikogo nie zostawię w potrzebie. Biję się w pierś za tamten raz. I tę przestrogę kieruję również do siebie. Nie tylko do was. Chcę sobie dodać trochę odwagi na każdy następny taki przypadek. Mam nadzieję, że wam też dodam.

Nie martwcie się tym, że ktoś sobie coś o was pomyśli. I tak tych myśli nie usłyszycie. A jeśli coś wam powie obraźliwego, przykrego, chamskiego – nie bierzcie tego do siebie. Nie zasłużyliście na gniew.

Ci rodzice, których spotkałam mogli mnie zwyzywać. Mogli mi wygrażać. Mogli mnie skrzywdzić, urazić, zagrozić mojemu bezpieczeństwu. Ale przysięgam, że powtórzyłabym to samo, co zrobiłam raz jeszcze. Nawet gdyby zachowali się w inny sposób. Przeciwny do tej otwartości, z którą się spotkałam.

Reagujcie.

Nie pozostawajcie obojętni.

Nie porzucajcie takich sytuacji bez echa.

Gdy komuś może stać się krzywda, nie pozostawajcie bierni. Macie super moc. Macie głos.

Ja nie chcę mieć na sumieniu czyjegoś życia lub zdrowia. A ty?

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media