Wesele ze wsparciem, czyli tworzone z miłością

Nie było dla nas tajemnicą, że nie wszystko będzie grało jak w zegarku. Że pewnych rzeczy zabraknie, a innych nie dopilnujemy z braku czasu. Ale gdyby nie  O N I, to tych małych uszczypnięć i niedociągnięć było by znacznie, ZNACZNIE, więcej. 

Dziś totalna prywata. Dziś opowiem wam o tym, jak bardzo nieocenione jest wsparcie bliskich osób w tak ważnych chwilach jak własny ślub i że to nie jest wstyd prosić o pomoc, kiedy się jej potrzebuje. Bo istotnie, było tak, że nasz czas i budżet były napięte. I momentami zastanawialiśmy się po co nam to wszystko i czy nie lepiej byłoby zrezygnować z większości elementów, które spędzały nam sen z powiek. Ale wciąż pozostawał jeden ważny powód, który nie pozwalał nam odpuścić. Wiecie jaki?

Trywialne powiedzenie, które słyszę odkąd byłam małą dziewczynką.

Wesele ma się raz w życiu.

No dooobra, chyba, że jesteś weteranem. Ok. Taka sytuacja. Rozumiem. Sama miałam już dwa śluby (bo w końcu cywilny był rok wcześniej, nie? 😉 ). Wracając jednak – wesele ma się raz w życiu i dla mnie to było ważne, by ten dzień był wyjątkowy na tyle, na ile pozwolą nam się przygotować do niego i czas, i środki, i oczywiście najważniejsza – nasza córka. Mimo to…

Wiedzieliśmy że nie wszystko będzie dopięte na ostatni guzik i daleko tej naszej imprezie będzie do poukładanego od A do Z festiwalu miłości – czego zazdroszczę tym, którym się udało i już rozumiem dlaczego tak popularni są wedding plannerzy. Na szczęście mieliśmy wokół siebie dobre dusze, które sprawiły, że ten dzień był piękny i pomimo wielu detali, które bym zmieniła dziś to miał w sobie tyle z nas, ile dało się w nim upchać. Był prawdziwy. Bez przerysowania, udziwnienia, dodania elementów, które nijak się miały do naszych charakterów. Był idealny. Nawet bez zatrudnionego supportu.

A wiecie dlaczego? Bo w tych mega wyjątkowych chwilach mogliśmy liczyć na wsparcie bliskich nam osób. Nie tylko rodziny, ale i przyjaciół, co po raz kolejny pokazało nam, jak daleko zaszliśmy, jakich niesamowitych ludzi mamy wokół siebie i jak wiele mamy szczęścia móc cieszyć się z bliskości takich niesamowitych osób jak oni. Nasi bliscy. I choć zdarzyły się momenty naprawdę hardcorowe, to za plecami zawsze mieliśmy back-up. Nie wyłożyliśmy się. A były momenty, kiedy od katastrofy dzielił nas jedynie włos… szybko przekonaliśmy się oboje, że nic dziwnego w tym, że dziś nie brakuje specjalistów, którzy zajmują się organizacją wesel profesjonalnie. My jednak nie mieliśmy środków na wspomaganie i podjęliśmy decyzję, że postaramy się cegiełka po cegiełce zbudować wszystko sami.

Całe szczęście, że nasi bliscy mają wielkie serce i chyba więcej oleju w głowie bo bez bicia przyznaję, że sami nie dalibyśmy rady. Albo inaczej. Dalibyśmy. Tylko, że wówczas wiele kwestii pozostałoby niedopilnowanych.

Bo wiecie co, to żaden wstyd prosić o pomoc, kiedy się jej naprawdę potrzebuje. Jeśli jesteście otoczeni ludźmi, którzy będą przy was w potrzebie bez robienia aluzji, wypominania, zbędnych słów, to wiedzcie, że jesteście szczęściarzami, bo nie wszyscy mają w życiu tyle szczęścia. My dostaliśmy od losu więcej niż mogliśmy sobie wymarzyć. Wspaniałą rodzinę i przyjaciół, na których naprawdę wielokrotnie mogliśmy liczyć. Tak było i tym razem, ale dziś opowiem wam tylko część, bo inaczej wpisalibyście mnie na czarną listę za ścianę tekstu 😉 Pozwólcie, że dziś zacznę od rodziny, z którą dobrze wychodzi się nie tylko na zdjęciu.

Po pierwsze O N I. Najlepsi rodzice na świecie. Stawali na uszach, żeby orkiestra grała. Bez nich nie było by nas. I na pewno gdyby nie oni to nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy i jacy jesteśmy. Bez nich by się nie udało. Również pod względem finansowym. I choć myślałam, że będą najtwardsi, to niestety serce rodzica tylko z wierzchu jest powleczone tytanem, żeby w środku mógł w spokoju wrzeć ogień pełny miłości do dziecka. Pomogli nam w tym trudnym czasie, kiedy musieliśmy dopilnować wielu kwestii, załatwić co wciąż pozostawało do załatwienia i dopilnować spraw niecierpiących zwłoki. W tym jeszcze pomagali przy Asi. To moja mama znalazła naszą cudowną Kinię, ciocię-opiekunkę, która spisała się na medal, o czym pisałam TU. Poza tym było jeszcze wiele innych kwestii dodatkowych tak jak chrzciny Asi organizowane dzień wcześniej (!) i gdyby nie oni – nasi rodzice, to byśmy chyba tego po prostu czasowo nie ogarnęli.

Co tu dużo gadać – jesteście niezastąpieni! Po prostu.

Po drugie: nasze rodzeństwo, które ogarniało towarzystwo, wszystkie okoliczne sytuacje i sprawy i nie pozwalali, żeby cokolwiek zaprzątało nam dodatkowo głowę, jeśli oni mogli to załatwić sami. Wiem, że niby taka rola świadków i w ogóle, ale… kurcze no, gdyby nie wy to byłoby trudno jak cholera to wszystko spiąć do kupy. Braciszku i siostrzyczko <3 dziękujemy, wiem, że daliście z siebie wszystko i więcej. To dzięki wam do bólu zginanego wciąż karku dopilnowanych zostało tak wiele kwestii.

Między innymi pierwszy taniec… niechlubnym faktem obydwoje z Michałem mamy po dwie lewe nogi i do naszego tanga potrzeba było trzeciej. Ale siostra Michała ma za to dwie prawe i nadrobiła za nas oboje. 5 godzin w nocy przed ślubem (!) spędziła z Michałem ucząc go kroków do wybranego pierwszego tańca. Był ogień! Ja co prawda szybko załapałam mini-układ wygrzebany z czeluści Youtuba, ale niestety zabrakło mi czasu na dopracowanie szczegółów. Jednak co jak co, ale to mężczyzna ponoć prowadzi w tańcu, więc z dużą ulgą przerzuciłam całą odpowiedzialność za show na niego… o efektach tego naszego spektaklu (ekhm, ekhm) przeczytacie w następnych postach.

(On zawsze miał idealne wyczucie czasu, skubany. Nawet podczas NASZEJ sesji wpadł idealnie w kadr <3 mówiłam, że będzie śmiesznie, bracie? :D)

Druga kwestia, która naprawdę dawała nam popalić, to było ogarnianie wszystkich pierdół, który stworzyły tę niepowtarzalną całość. Włącznie z winietkami, wystrojem sali, wódką, orkiestrą i czym popadnie. Ale mieliśmy silny support w postaci mojego brata, który dopilnował tych kwestii i nie pozwolił, by cokolwiek się wysypało mimo, że – uwaga, uwaga! – winietki razem z Michałem ustawiał w sobotę rano w dniu ślubu na sali oddalonej o 23km od naszego rodzinnego domu, bo czorty zostały źle wydrukowane… tak się zdarza.

Tempo naprawdę momentami sprawiało, że zastanawiałam się, czy to wszystko się uda. A my po drodze mieliśmy się jeszcze przygotować, załatwić fryzjera, kosmetyczkę (to ja), wiązanki (to Michał), poprzytulać Asię i ją troszkę uspokoić, że mama i tata nigdzie przecież nie przepadli, itp. itd. Zegar zdawał się przyspieszyć, a minuty chyba skróciły się do 10 sekund sztuka. Apogeum jednak dopiero miało nadejść, bo przecież cała impreza dopiero była przed nami.

(Widzicie te zmagania z ramiączkami?! Moja sukienka nie wymagała biustonosza bo miała gorset, ale też dlatego, że miała specjalnie dla mnie zamontowane dodatkowe podtrzymanie 🙈 biedna Ola – tak! Ta Ola, która jest odpowiedzialna za wiele zdjęć tutaj! – walczyła dzielnie z dziadami do samego końca. Efekt? Sami oceńcie 🙂 ja byłam przeszczęśliwa).

Tak… no więc podsumowując, gdyby nie wy to to wesele nie wyglądałoby tak, jak wyglądało. Ale schowajmy po cichu te niewidoczne dla gości atrakcje za kurtynę.

Braciszku, dopilnowanie orkiestry, tego, co działo się na sali, przed nią i jeszcze w domu to było mistrzostwo – sama bym lepiej tego nie ogarnęła, nawet gdybym miała czas! Siostrzyczko, gdyby nie ty, nasz pierwszy taniec to byłby zwyczajny połamaniec, pomieszanie z poplątaniem, zawstydzony uśmiech prowadzącego. Dziękuję wam za nieprzespane nocą godziny (wiem, że obydwoje mieliście niezłe ciśnienie i urwanie głowy nie tylko z nami, ale i z gośćmi, których też trzeba było przyjąć i ugościć), nauki tańca do rana, poświęcenie wiele czasu na podróże z sali i na salę, by wszystko się zgadzało i dopilnowanie tego na co nam zabrakło czasu. Jesteście wielcy!

Jednak nie tylko na rodziców i świadków mogliśmy liczyć. Moja chrzestna mamcia, która zawsze była dla mnie gigantycznym wsparciem po prostu przeszła samą siebie. Zawsze mogłam jej ufać i na niej polegać bez słowa. Ale to co zrobiła tym razem… starczy, że powiem, że mało się nie przewróciłam, kiedy zobaczyłam TO.

Bo, wiecie, olaliśmy wiele kwestii po prostu z braku czasu i cięcia budżetu tyle, na ile się dało. Jedną z nich było ślubne porsze, którym mieliśmy jechać do kościoła. Stwierdziliśmy, że budżet i tak już napięty tej atrakcji nie wytrzyma. A może i by wytrzymał, ale to nie było dla nas must have. Daliśmy sobie więc spokój i nie mieliśmy problemu z tym, żeby zajechać pod kościół naszą skodzinką kombi, która wszędzie nas wozi na co dzień🙈.

(O, tu mnie kłamią w żywe oczy, a zaraz się dowiecie dlaczego i po co… Tak kłamać pannę młodą…to podobno pecha przynosi, wujek, wiesz?!)

Ale kiedy Michał przyjechał do mnie TYM AUTEM… cóż, oczy wyszły mi z orbit. A tę niespodziankę przygotowali dla nas właśnie oni <3 Moja cudowna chrzestna z wujciem ;* nabili mnie na początku w butelkę, bo wiedziałam, że coś tam kombinują. Śmiali się, że tam jakieś auto pożyczone od kogoś, spoko, ładne i takie, które po prostu jest zadbanym nowym samochodem. Dobra, a niech sobie będzie jakie chce. No ale w życiu nie przeszło mi przez myśl, że pojadę do ślubu takim vintage autkiem… karoca na miarę kopciuszka. Bosego i z wiatrem we włosach ale zawsze.

Rany, gdyby nie wy to wszystko po prostu nie miałoby sensu. Dlatego wesele jest wyjątkowe! Z powodu ludzi, którzy towarzyszą nam w tych ważnych dniach przed i w tym głównym, spektakularnym. Bo to oni go tworzą. Są jego nieodzowną częścią i sprawiają, że jest niepowtarzalny. Pomogliście nam w tym trudnym czasie, choć nie zawsze zdążyliśmy o tę pomoc poprosić wyprzedzaliście z głową na karku nasze potrzeby i niejednokrotnie wychodziliście naprzeciw trudnościom, przewidując – i to słusznie! – że w końcu pojawią się na horyzoncie. Nie ma słów, którymi mogłabym podziękować tak mocno, jak to czuję.

Poza tym wesele to chyba też taka uroczystość, która mobilizuje nawet tych, którzy z różnych powodów – tych mega utrudniających wyjazdy najczęściej z wyżej wymienionych, które są przez to porzucane – nie mogą się pojawić. Nawet nie wiecie jaka byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że nawet ci moi bliscy – rodzina, która naprawdę musi przejechać jak nie całą to co najmniej pół Polski, żeby się z nami zobaczyć, – że oni wszyscy byli w tym dniu z nami. To było po prostu piękne. Przecierałam oczy ze zdumienia nie wierząc, że oni tu naprawdę są! A wiedzcie, że wielu z nich było u nas dopiero pierwszy lub maksymalnie drugi raz w całym naszym życiu, choć to najbliższa rodzina. Niestety z różnych powodów nawet wakacyjne przyjazdy po prostu nie wchodziły nigdy w grę.

Kochani, dziękuję, że poświęciliście tak wiele, by tu być. Wiem, że wiele was to kosztowało. Mam nadzieję, że byliście jednak szczęśliwi i cieszyliście się tym dniem tak, jak my.

Cieszę się, że byliście i przeżywaliście z nami te niezapomniane chwile. Że byliście świadkami w tym ważnym dniu. Że znowu utwierdziliście mnie w przekonaniu, że rodzina to siła twardsza niż niejedna skała. Nie byliście tylko gośćmi. Nawet w jednej sekundzie. To wy stworzyliście to wesele i dziękuję wam, że przybyliście w tak licznym gronie świętować razem z nami.

(Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy, że byliście z nami )

Ale nie tylko rodzina stanęła dla nas na głowie. Wiecie, jasne, że mówi się, że rodzina jest najważniejsza. I dużo w tym prawdy. Ale to ludzie, z którymi przebywamy każdego dnia kształtują nas i wpływają na nasze życie. Na to, jacy jesteśmy. A gdyby nie O N I – rodzice, ale też nasi przyjaciele, bliscy, nasza paczka… hm, kto wie, gdzie byśmy dziś byli i jak daleko byśmy zaszli. Cóż, mam nawet ciche przeczucie, że może dziś nasze życie wyglądałoby całkiem inaczej. Ale to więcej niż prywatna historia. To – wybaczcie, – ale muszę pozostawić tylko dla nich i dla nas. Poza tym im muszę poświęcić osobny post, bo będziecie mnie zaraz przeklinać za tę książkę!

Dużo uroku ma w sobie takie rodzinne miasto. Moi rodzice mieszkają z rodziną brata taty po sąsiedzku. Nie zdziwi was więc pewnie fakt, że i ciocia zaangażowała się w pomoc przy organizacji wesela. Ciocia, którą szantażowałam bez skrupułów (dobra, będę z wami szczera, ten czas przeszły wcale nie jest przeszły…), żeby zrobiła mi naleśniki (no jak to, nie kochasz mnie?!). A trzeba wam wiedzieć, że nawet najlepsza poznańska naleśnikarnia wymięka w porównaniu z dankowymi naleśnikami. Ale wracając: to, że mieliśmy na miejscu takie wsparcie również dla rodziców było dużym ułatwieniem chociażby ze względu na ugoszczenie przybywających. No i ta rodzinna atmosfera, poczucie, że rzeczywiście wszyscy jesteśmy w jakiś sposób ze sobą związani i jesteśmy tu by świętować wspólnie szczęście… to było po prostu magiczne.

<3

Poza tym nigdy nie cieszyłam się tak bardzo z życia w małym ciasnym miasteczku jak nasz Połczyn tak bardzo, jak przy organizacji wesela i ślubu. Wiecie jaki jest największy urok pochodzenia z małego miasteczka? Kiedy mierzysz się z najważniejszymi chwilami w swoim życiu, a do załatwienia masz trylion spraw, dobrze jest znać zaprzyjaźnioną fryzjerkę, która dobrze wie, jak lubisz się czesać, znajomą kwiaciarkę, u której zawsze kupujesz tulipany z okazji dnia matki, zaufaną kosmetyczkę czy krawcową, która od ręki skróci ci spodnie. Powiem wam szczerze, że jeszcze nigdy nie czułam się tak związana z moim miasteczkiem jak w tym szalonym czasie, kiedy tak wiele było do uzgodnienia, a ja miałam zaledwie po parę minut, żeby wskoczyć w każde miejsce i coś zamówić, zapisać, ustalić.

Na całe szczęście i pani kwiaciarka, i moja ulubiona fryzjerka już zdążyły się na mnie poznać, na mojej roztrzepanej trochę naturze. Dlatego kiedy wpadałam do jednej i drugiej same wyskakiwały z trafnymi propozycjami, modyfikując je w trakcie naszej rozmowy o moje uwagi.

Czasami to naprawdę cudowne uczucie, kiedy możesz się czuć częścią jakiejś społeczności, która gdy przyjdzie czas będzie cię wspierać, choć zdaję sobie sprawę, że działa to częściej w drugą stronę. Przychodzi mi jednak do głowy refleksja, że wszystko zależy od nas. Im bardziej będziemy się sami starać i zaczynać dzielenie się dobrem od siebie, tym szybciej będziemy się nawzajem zarażać pozytywną energią i – kto wie, – może silniejsze będą nasze więzi. Nie mam wątpliwości – zresztą nigdy nie miałam, – że małe społeczności, małe miasteczka mają w sobie wiele uroku.

Ja ten dzień z pewnością zapamiętam na zawsze z tak wielu momentów i przez tak wielu ludzi, że nie zliczę. Mogłabym tu jeszcze pisać długo i jeszcze więcej, ale nie w tym rzecz, żeby zasypać was wszystkimi informacjami na raz. To był wyjątkowy czas. Dzięki nim – bliskim. Bo to oni stanęli na głowie, żeby wszystko grało. I nie mogło być inaczej. I tak jak miało być. A wszystko dzięki nim. A więc – hej! – ten toast w postaci wpisu jest dla was i za was! W górę kieliszki i wypijmy za wasze zdrowie. Dziękujemy, że byliście. Z nami i dla nas. Nigdy o tym nie zapomnimy.

Rodzina to jest siła! Heeeeej… 💕

Ps. To jeszcze nie wszystko, bo prawdziwe smaczki z cyklu wesele w stylu totalnie boho z załączonym chaosem w prezencie dopiero czekają w następnym poście… będziecie?

A jeśli wesele przed wami, a może jakaś rodzinna sesja jesienna (?) to koniecznie zgłoście się do Niej. To ona nam uwieczniła ten niesamowity dzień.

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media