Dziś był ostry melanż…

Widziałyście dzisiaj stories na Insta? Jeśli nie to je obejrzyjcie, a najpierw przeczytajcie post. Jeśli tak, to pewnie domyślacie się, co mam wam do powiedzenia, więc chętnie też poznam wasze doświadczenia, lecz najpierw...

Najpierw powiem wam, co tak naprawdę się dzieje, kiedy gasną światła, jupitery Instagrama nie docierają do miejsca zbrodni, a aparat tymczasowo jest poza zasięgiem sieci. Cóż, wtedy właśnie zdarzają się cuda.

reszta mamy w kuchni

Bo, wiecie, chętnym z przyjemnością wynajmę na okres letni pracownika. Lat poniżej dwóch, rozczochrana pedantka, która sieje i nie zbiera, sprząta tam gdzie chce, a nie gdzie trzeba, ścierką to sobie można lustra przecierać i zostawiać smugi, a odkurzacz to jej ulubiony mobil-one. No i mega jest ta zabawa z wciąganiem kabla. Piona! Komu, komu?

dziecko gotuje No ale dobra, bo tu same nie jasności na razie więc do rzeczy. Matka-kwoka dziś wstała z misją zorganizowania obiadu, którego na co dzień się wystrzega – czyli takiego z dużą ilością bałaganu, względnego chaosu i domieszki frajdy z rozrzucania to tu, to tam wszelkich możliwych półproduktów. Oczywiście, Asia zaoferowała swoją osobę do pomocy. No jak mogłabym się oprzeć? Panna w końcu skrupulatna. Pampersy po sobie wynosi. Jak chwyci za miotłę, to mieszkanie przeleci wszerz i wzdłuż rozsyłając kurz i paprochy po wszystkich kątach. No i te talerze w zmywarce przecież same się nie powyciągają, nie?

Polubownie, zaznaczając warunek z gwiazdką już na starcie, że Asiu, pietruszki nie rozrzucamy po podłodze, zaczęłyśmy gruby melanż w kuchni. No i był gruby. Na podłodze, oczywiście. Bo co z tego, że pietruszka – zgoda – częściowo obrana wylądowała w misce i na desce do krojenia, skoro na mąkę nie było już gwiazdki. A mówiłam, że było zaznaczyć?! Teraz się męcz, durna.

I te jej oczy: hola, hola, ja wcale nie rozsypywałam! Samo się!

Instagramy nie kłamio.

Króla sabotowała mamę z szelmowskich uśmiechem za nic mając moje prośby, by ciasto pozostało 1,5 m.n.p.p. (Nad Poziomem Podłogi). Nie. Zabawa w końcu zawsze kończy się leżakowaniem kogoś na podłodze. Tym razem też tak było. Leżakowałyśmy na kolanach. Asia ścierając nieliczne czyste miejsca, ja całą resztę wciągając odkurzaczem. Taka impreza była! Ale, ale, moje drogie, nie rozpaczajcie, mleko bowiem nie do końca się rozlało. Dzień przed zachodem słońca ocaliły bowiem pierogi, które ostatecznie udało się ukleić (pomimo tego, że pół ciasta i tak było w kaszy i pietruszce zanim dodałam farsz). W dodatku kurczak niemal wyfrunął mi z kurnika przygotowując się do roli Kucharki co się zowie, a jakże! Farsz sama nakładała na sam środek ciasta… i dookoła też. Troszkę.

Ale przecież zostawmy te niuanse w spokoju! Co z tego, że kuchnia po wszystkim wyglądała jakby tajfun się przez nią przeprowadził. Co z tego, że część farszu wylądowała w śmietniku. I co z tego, że obydwie musiałyśmy się wykąpać i przebrać, bo mąkę miałyśmy nawet we włosach. Było ekstra! Czas wspólny spędzony w sumie na zabawie (na pewno wiecie, jak wysoko skakałam z radości widząc stół tonący pod tonami mąki, uklejony również od ciasta, że o podłodze nie wspomnę, ani nawet słówkiem nic się nie odezwę o tym, że kaszę znalazłam w doniczce z draceną… stojącą daleko pod ścianą… nie. O tym nic. Ani słowa!).

dziecko mnie sabotuje

Cudowne są te śmiałe komentarze przyszłych mam, które debatują nad tym, jak to wspaniale jest spędzać czas kreatywnie z dzieckiem. Na tych wszystkich zabawach, wiecie, w stylu Montessori. Nawlekanie makaronu-rurek na patyczki od szaszłyków, eko-farbki z ciasta naleśnikowego i inne prawdziwe cuda-wianki na kiju.

Jak mi ktoś jeszcze raz powie, że  to taka gruba zabawa, że dziecko się przecież rozwija, że przecież nabywa ten nasz szkrab nowych umiejętności bawiąc się tymi wszystkimi łyżeczkami, makaronami i zmiotką, nic tylko rękawy zakasać i sprzątać, to osobiście wręczę talon do naszego kwadratu na całoroczne odwiedziny z asortymentem sprzatająco-piorącym. A mimo to…

Veni, vidi, vici. Pierogi ulepione. Obiad ocalony od zamówienia. Kuchnia doszła do siebie (gorzej ze mną). Dzień zakończony sukcesem. Asia oprana i szczęśliwa. Niech jej będzie. Jutro zaczynamy od nowa. Ale niech mnie szlag trafi, jeśli znowu wymyślę sobie obiad bardziej skomplikowany niż pakiet standard: schab, ziemniak i ogór.

Aha, i jeszcze jedno. Dziecko jest dostatecznie kreatywne samo w sobie. Wylała wodę na podłogę, która miała mi służyć do zrobienia ciasta na pierogi. W pół drogi jesteśmy, więc myślę sobie: spoko, przecież już niedaleko, dasz radę! Pamiętaj, walczysz o obiad. No więc walczę. Wzięłam ręczniki papierowe i szmatkę. Dałam jeden ręcznik Asi i mówię, żeby mi pomogła wycierać. Oczywiście! Już mamusiu pędzę ścierać! I wytarła. Czyste oparcie krzesła. Po czym dalej poszła rwać pietruszkę i rozrzucać mąkę…

Dlatego szczerze i od serca wam radzę nie popełniajcie tego błędu. Wyślijcie tych wszystkich fanów Montessori w diabły i…

Nie róbcie tego w domu.

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media