Kryzys laktacyjny w trzecim miesiącu – jak sobie z nim poradzić

Kolejny dzień, tydzień, miesiąc i kolejne wyzwania, kłopoty, problemy. W tym ten jeden z najważniejszych - kłopoty z karmieniem. Właśnie stanęłam twarzą w twarz z kryzysem laktacyjnym.

W życiu każdego rodzica zdarzają się kryzysy. Jedne bardziej wymagające cierpliwości inne mniej. Ale wszystkie wyciskają z nas siódme poty i pokazują nam, ile jeszcze musimy poprawić, z czym walczyć, do czego dążyć. Sama przekonałam się o tym przy okazji kolejnej fali kryzysu laktacyjnego, ale już wiem, jak go zażegnać, rozprawić się z gadem na dobre.

Po pierwszym kryzysie laktacyjnym, który przyparł mnie do muru już piątego dnia po porodzie o czym pisałam TU, byłam przekonana, że mam już spokój. Że już mnie nie dosięgnie żaden kłopot matki karmiącej. A tu psikus! Bo od dwóch tygodni po tym, jak minęły te paskudne kolki, maleństwo znowu nie spało, przez co i moje szanse na spokojny 3-4 godzinny sen spadły niemal do zera. A do tego wszystkiego byłam jeszcze z dala od domu i od Michała. Ten kryzys był naprawdę trudny do przeskoczenia. W pewnym momencie myślałam już, że nie dam rady… na szczęście znalazłam osobę, która pomogła mi się z nim rozprawić. A było tak.

Kilkanaście dni temu wieczorem półtorej godziny po wykąpaniu, karmieniu i wspólnej zabawie na dobranoc Asia zaczęła marudzić. No to noszę Kurczaka, noszę, bo może chciała się poprzytulać. No i rzeczywiście. Widzę, że łapie mnie za sweter na wysokości piersi, że się do mnie tuli i wciera nosek mi w klatkę – zawsze tak robi jak brakuje jej mojej bliskości albo jest śpiąca. No dobra. Udało się. Cel osiągnięty, zasnęła. Jest 23:00. Super! Cieszę się bo wiem, że powinna już spać do rana. Niestety pół godziny później obudziło mnie kwilenie i wołanie małej. W pierwszym odruchu pomyślałam: głodna! No to przystawiłam Asię do piersi. Pojadła 6-7 minut i najedzona, że aż beka jak stary Marian. Myślę sobie: ok, no teraz to już na pewno będzie spała jak zabita do rana. A guzik! Nie spała. I tak spędziłam całą noc. Z oczami na zapałkach, ze snem przerywanym co półtorej godziny lub mniej. Na szczęście pomagała mi mama, której jestem winna skarb Alibaby za te nieprzespane noce, w które razem na zmianę czuwałyśmy. Bo, istotnie, zanim zorientowałyśmy się, co nie gra, minęły trzy noce.

I mierzyłyśmy temperaturę – która totalnie nie odbiegała od normy; i martwiłyśmy się, że w końcu i ją dopadła ta wstręciucha grypa – bo wszyscy dookoła to kaszlą, to smarkają; i nawet zastanawiałyśmy się, czy to znowu nie bolący brzuszek – bo cały czas była niespokojna. Ale nie. To nie była żadna z tych kwestii. Skąd! Jak nie wiadomo, o co chodzi, to w przypadku takich kurczaków ZAWSZE chodzi o jedzenie. Tak było i tym razem. Nasza Asia po prostu była głodna #toteżmapomamusi. Obżarciuch jeden przybiera na wadze w tempie jednostajnie przyspiesoznym! Już jest taka ciężka, że kiedy usypia zastanawiam się, czy jest lżejsza od malucha, czy już dorównuje mu masą. No serio. I w związku z tym je. Je cały czas, najlepiej nie odchodziłaby od cycka. Wniosek, który mi się nasunął był jeden: ona się nie najada.

Ale, wiecie, coś mi tu nie grało, bo przecież nowa szkoła i wszystkie mamy karmiące, które znam, twierdzą zgodnie, że każda matka, która karmi swoje dziecko piersią ma tyle pokarmu, ile kokoszka potrzebuje i tak „treściwy” (jak to mówią), jak potrzebuje. No cóż. Ale to była już czwarta noc przede mną, a ja nie miałam już siły. Dotknął mnie prawdziwy kryzys laktacyjny. Chciałam, żeby po prostu się najadła i poszła spać. I naprawdę przyznaję się, zaczęły mnie nachodzić myśli, by z tym wszystkim skończyć i zainwestować w mleko proszkowe, od którego chciałam się bronić rękami i nogami. Zadzwoniłam do męża się poskarżyć na los i podzielić nowinkami z życia kurczaka. Jedyny w okolicy trzeźwo myślący mężczyzna – w dodatku mój – od razu zasiadł do internetów, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o karmieniu piersią na co ja nie miałam czasu i do czego nie miałam głowy, bo właśnie przyszedł czas na kolejny wieczór pełny głośnego ŁAAAAAAAAAA i jeszcze donośniejszego ŁEEEEEEEE! Obydwoje jesteśmy przeciwni karmieniu MM (mlekiem modyfikowanym), jeśli nie istnieje taka potrzeba. Tylko no… właśnie. Czy to nie był ten moment na rozszerzenie diety niemowlaka? Po pół godziny zadzwonił Michał z informacją, że to może być kryzys laktacyjny, który się zdarza w tym okresie.

Wiedziałam, że ma rację, bo w międzyczasie między jednym telefonem do niego a drugim zadzwoniłam do położnej, żeby dowiedzieć się, co z tym mlekiem dalej. I wiecie co? Położna zapytała mnie o jedną, bardzo istotną kwestię, na którą ja wcześniej nie zwróciłam uwagi:

Jak długo je malutka? Bo powinna jeść co najmniej 15-20 minut efektywnie, żeby się najadać.

No to bingo. Już wiedziałam. Asia jadła co najwyżej 7-10 minut. I to nieefektywnie. Ciumkała sobie, co znaczy, że pocmokała, pocmokała, napisała się i tyle. Nie to żebym czuła, jakby jadła obiad. Otóż nie. Ona sobie po prostu ciumkała. Okazało się, że dzieci, które jedzą w taki sposób jak nasz kurczak, jedzą to, co spływa samo – bez wysiłku, bez potrzeby ssania. Bo wierzcie lub nie, dzieci się rozleniwiają. I to już w tym wieku, skubańce! Problem nie leżał więc w tym, że miałam za mało pokarmu lub w tym, że pokarm był „za mało treściwy”, bo takie zjawiska nie występują w przyrodzie (każda z nas ma tyle pokarmu, ile potrzebuje nasze dziecko), ale w tym w jaki sposób pierś ssała Asia. No więc mój laktator, który od jakiegoś czasu stał sobie opuszczony w pudełku i czekał na lepsze dni w końcu wrócił do łask. Odciągnęłam ponad 100 ml mleka (przez ponad 30 minut), a kiedy o 22:00 po kąpielowej drzemce i krótkim cycku mała, wypiła całą tę butelkę nagle okazało się, że sen do rana wcale nie jest najgorszym rozwiązaniem. Wiecie, to całkiem miłe, móc pospać do rana z dwoma przerwami zaledwie na jedzonko, odbicie i zmianę pieluszki. Już dawno się tak nie wyspałam.

A więc drogie mamy, jeśli właśnie nadszedł w waszym domu trzeci miesiąc KP (karmienia piersią) nie bójcie się, jeśli sądzicie, że wasze maleństwo jest głodne. Najprawdopodobniej może to być wynik niewłaściwego ssania waszego malucha. I choć ja opieram się wyłącznie na własnym doświadczeniu, nie zaszkodzi na pewno jeśli poradzicie się w tej sprawie doradcy laktacyjnego, położnej lub innego specjalisty zanim wybuchniecie i będziecie, jak szalone latać po sklepach w poszukiwaniu proszkowej mieszanki MM. Taki kryzys nie musi oznaczać, że macie za mało pokarmu, bynajmniej. Najczęściej – co prawdopodobnie usłyszycie od profesjonalisty – przyczyną jest krótki okres ssania, płytkie połykanie brodawki, picie wyłącznie tego pierwszego mleka, które jest jak… napój a nie obiad, który dziecko wyssie sobie w troszkę później, o ile będzie wam jadło to 15-20 minut. Dlatego przypilnujcie, aby wasze dzieci jadły przez dłuższy czas minimum 15 minut i cały czas efektywnie – co oznacza budzenie malucha, kiedy przysypia przy piersi. A jeśli maleństwo zasypia mimo waszych starań odciągnijcie pokarm laktatorem i spróbujcie z butelką. U nas podziałało i od kilku nocy jestem całkiem wyspana. Serio. Czuję się jak po urlopie.  Oczywiście, zrobicie, jak uważacie, ale powiem wam to, co ja usłyszałam od mojej położnej: skoro tak długo wytrzymałaś już karmiąc piersią i zniosłaś trudny okres pierwszego przystawiania, poświęcania swojego czasu na wspólne jedzenie, szkoda tego przerywać teraz przez pierwszy lepszy kryzys… poczekaj, daj sobie jeszcze jedną szansę.

Albo inaczej mówiąc: niech moc będzie z wami!

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media