O czytaniu. Po co Asi książki?

To nie jest wpis uświadamiający. A nie, czekaj, jest, tylko nie w taki sposób, jak sądzisz. I na pewno nie jest to wpis w duchu #perfectmotherhood - moje takie nie jest, jeśli jednak miałaś szczerą nadzieję, że znajdziesz tu worek złotych środków, to pomyłka, nie ma takiego numeru. Bo widzisz, ten słodki obrazek z matką czytającą do poduszki dziecku wieczorynki w otoczeniu mięciutkich poduszek i przygaszonego ciepłego światła tworzącego intymną atmosferę to (hm) m a r z e n i e . Marzenie, którym żyłam. A potem urodziła się Asia.

Co? Zaskoczone? Pewnie myślałyście, że przed zaśnięciem słodko się tulimy, śledzimy palcem obrazki i czytamy po raz pierdyliard osiemdziesiąty czwarty Kopciuszka (nie lubię tej bezradnej dziewuchy, nigdy nie lubiłam i nie będę katować nią dziecka. Tak jak tą całą Calineczką)  - i tak every night. No to się myliłyście, moje drogie. Srogo się mylicie. I to tak jak ja. Ja też się tak myliłam.

resztamamy pl czytaj dzieciom co czytam ksiazki książka

Jakby wam to w skrócie… no nie czyta. Nie czyta i koniec kropka. W nosie ma książki! Dosłownie! No dobra. Tak naprawdę to uważa je za niezwykle istotne w swoim rozwoju fizycznym. Uwielbia po nich śmigać jak perszing. Zwłaszcza kiedy matka – złote serce – ułoży je tak nierówno, że to prawdziwy tor przeszkód! Z cyklu lepiej nie róbcie tego w domu. Ale taka jest bolesna prawda: Asia nie lubi, nie wadzi nawet wzrokiem, nie uważa. Kiedy starałam się po raz kolejny pokazać i zachęcić ją do wspólnego czytania dostawałam jej zniechęceniem prosto między oczy. Mamo, heloooooł, to nie dla mnie. Weź no odłóż tę makulaturę niech zbiera dalej kurz i chodź biegać! Aha, i nie zapomnij wciągnąć w to taty!

Co? Zaskoczeni? Tak wyglądają u nas wieczory. Nie ma landrynkowych czytanek na dobranoc z buziaczkiem w czółko. Nie, nie, nie. Jest za to dużo tulenia, spontanicznych całusów, przewracania się po nogach – to też są świetne przeszkody swoją drogą – i włażenia pod kołdrę, najlepszy namiot ever! I to z ogrzewaniem! No czego chcieć więcej. Bo pewnie pamiętacie ten WPIS, co nie? Rzeczywiście do jakiegoś czasu było tak, że lubiła, słuchała i chętnie czynnie towarzyszyła we wspólnym czytaniu Kubusia, Muminków, czy ulubionego Języka Cierni. Niestety to wszystko było do czasu. Teraz Panna Joanna ma lepsze zajęcia niż czytanie. Nawet wspólne. Gardzi głosem matki. Woli audiobooki zdecydowanie. I tych słucha. Regularnie. Chociaż tyle. Już nawet książeczki pop-up weszły w ruch, ale i te na niewiele się zdały, bo praktycznie od razu poszły w strzępy – czyli, wiecie, historie bez happy endu. Cóż. No zmuszać jej nie będę.

A ja głupia całe życie się łudziłam, że macierzyństwo składa się między innymi z tych cukierkowych bajeczek, w których psy mają oczy człowieka, żółwie mówią ludzkim głosem, a niezdara, która gubi pantofelek wychodzi za mąż za dzianego księcia, bo dostała ładną kieckę uszytą przez myszy i zajechała na balet karocą wydrążoną z dyni (wieeeem, czepiłam się tego biednego Kopciuszka, co zrobić). Otóż nie. Moje macierzyństwo nie składa się z tych opowiastek, choć wierzę, że gdzieś tam w innej galaktyce u innych rodziców są szkraby, które zamiast urządzania torów wyścigowych z dzieł H. CH. Andersena wolą śledzić losy ich bohaterów. W dodatku z wypiekami na policzkach, odlatując w ramionach mamy lub taty tuż przed wielkim crescendo. Niech to.

Naprawdę myślałam, że tak, że to zależy od rodziców właśnie (!) #gdzie.popełniłam.błąd ?! Myślałam, że skoro czyta się dziecku od pierwszych dni, szafki uginają się pod ciężarem ksiąg, książek, książeczek z najróżniejszymi ilustracjami, tekstem we wszystkich kształtach i rozmiarach to dziecko jakoś tak samo się weźmie i zainteresuje. Otóż tak. Asia się mocno zainteresowała. Tak. Zainteresowała się. Konstrukcjami budowlanymi schodów wykorzystującymi książki jako stopnie.

Ale dobra bo zaraz mi Michał wytknie, że narzekam. Bo jest i tak – i zdarza się to codziennie, bo sama przed snem czytam, skoro mała jest mocno zajęta eksplorowaniem swojego namiotu w sypialni to korzystam z tego czasu, wyleguję się pod kołdrą i czytam swoje. I ona wtedy do mnie przychodzi. Przychodzi po to, żeby przekartkować mi kilka stron, wyrzucić zakładkę za materac, poudawać, że przygląda się kolejnym ciągom słów, a potem ostentacyjnie zamyka mi ją przed oczami – żebym czasem nie przegapiła tego, jak bardzo jest trzy razy nie, dziękujemy – i odkłada gdzieś daleko. Na bezpieczną matko-odległość.

Na szczęście są jeszcze psy.

Pieski, które uwielbia, które jest w stanie wypatrzyć z odległości co najmniej 100 m (!), co sprawdziłam sama ostatnio, kiedy jesteśmy na spacerze. No i są w naszej skromnej biblioteczce książki, które te pieski zawierają. Weźmy takiego Pucia.

AAaaaAAaaaAAaAAaaaa! OOooooOOoOo!

– To są bardzo wysokie dźwięki reakcji. BARDZO wysokie.

Otóż ten łaciaty kundelek z bajki o chłopcu składającym do kupy pierwsze słowa jest przeuroczym kompanem w codziennych próbach zachęcania Asi do wspólnego czytania. A raczej był. Bo złudzenie, że Asia zmieni zdanie w końcu się wyniosło na biegun. Dojrzałam szybko do przekonania, że moja córka czytać w najbliższym czasie nie zamierza, co poniektóre książki przejrzy i obsłuży uwagą, ale nie dłużej niż na parę – dosłownie parę – minut. Cześć pieśni. A ja postanowiłam, że nie będę jej zmuszać. Bo to jest wolna istota. Ma prawo mieć własne przekonanie, co do tego co lubi a co nie, co sprawia jej przyjemność a od czego stroni na odległość większą niż ta od parasola. No i już! Nie będę na siłę jej trzymać w uścisku, żeby żyć tym podręcznikowym perfekcyjnym macierzyństwem.

Wolę to proste, szczere, bez retuszu. Wolę ten czas, kiedy widzę jak szczerzy trzy pary zębów (przynajmniej na dole) bo udało jej się pokonać (bez potknięcia!) jej book off road. I ja jej ten off road stworzę. I nie przeszkadza mi to, że książki służą jej na razie do tego, by kształcić swój rozwój ruchowy. Może kiedyś zmieni zdanie, może przyjdzie, położy mi Wodnikowe Wzgórze na kolanach i powie „matka czytaj co tam tym zającom się przydarzyło?!”. Być może. A może nigdy nie spróbuje sama z siebie. Może będzie nienawidziła szkolnych lektur, może będzie czytała streszczenia. Kto wie? W każdym razie wiesz co, ja nie będę jej katem. I nie będę jej zmuszać. Niech sobie będzie jaka chce być. Dla mnie i tak będzie wyjątkowa. Zawsze. Ma prawo do tego, by o tym zdecydować, bo uważam, że jakiekolwiek spełnianie ambicji rodziców zawsze przynosi odwrotny efekt. Chcę, żeby była silną sobą. Chcę, żeby wiedziała, że ma prawo lubić i nie lubić, kochać, nienawidzić, uwielbiać, ubóstwiać i nie trawić. Bo to wszystko świadczy o tym, że jakaś jest. A ja chcę, żeby była siebie świadoma i siebie – całą z zaletami i wadami, strachami i mocnymi stronami, – całą siebie akceptowała, Bez względu na to, czy kiedyś książki posłużą jej do czytania. Ja zawsze będę ją kochać taką, jaka jest naprawdę. I nie mam najmniejszego zamiaru jej do niczego zmuszać. Wolę jej pokazywać wszechświat i pozwalać decydować o tym, jak do niego podejdzie niż narzucać jej własne przekonania.

Nie będę jej katem. Wolę być mamą.

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media