Ślub z niemowlakiem: jak Asia przetrwała nasze wesele?

Organizując ten Dzień najbardziej martwiliśmy się o jedno: Asia wciąż była najbardziej związana z nami a zwłaszcza ze mną. I nic w tym dziwnego skoro do dziś ten mały ssak jest...ssakiem. Baliśmy się strasznie, że wyrzucenie jej z codzienności, którą w zasadzie łączy wyłącznie z nami będzie dla niej nielada szokiem. A nadto starczy fakt, że całe przedstawienie nie miało trwać jeden dzień tylko kilka. Ale znaleźliśmy pewien sposób i na to.

Nie ma co ukrywać. 16 czerwca 2018 do ostatniego tygodnia stal dla nas trochę pod znakiem zapytania. Bo nic to, że wszystko było gotowe. Dekoracje powoli zaczęli wieszać na sali, szampan się chłodził, orkiestra zamówiona miała dotrzeć na czas i nawet niebo przetarło się z tej nagłej niepogody, która poprzedzała nasz ślub od dwóch tygodni. Cóż, nic nie wróżyło katastrofy poza tym jednym detalem, który... miał dla nas największe znaczenie. Wierzcie lub nie, ale najbardziej przejmowaliśmy się tym, jak całe to przedstawienie zniesie nasza córka, która kompletnie nie była przygotowana na takie okazje.

Wiecie, długo zastanawiałam się, czy publikować tego posta, ale stwierdziłam, że nie będę was okłamywać. Potrzebowałam pomocy. Zwłaszcza w tamtym wyjątkowym czasie, kiedy spraw do ogarnięcia było tyle, że równie dobrze mogłam rano wychodzić z domu i wracać na kolację (albo nie!), a w dodatku Asia potrzebowała nas 24h na dobę. Ominięcie tego tematu byłoby okłamaniem was, pokazaniem tylko pół prawdy o tym, jak wygląda nasze życie na codzień i jak wyglądało ostatnio. Bo choć na codzień staramy się dawać z siebie wszystko i radzić sobie samodzielnie, to w tamtym czasie naprawde potrzebna nam była dodatkowa para rąk. Cóż, pogodziłam się z tym, że nie jestem matką samowystarczalną i nie wstydzę się przyznać do tego, że czasami po prostu potrzebuję pomocy w codziennym życiu, które ostatnio znacznie odbiegało od przyjętej normy.

Nasza codzienność wygląda mniej więcej tak. Przez cały dzień – owszem, wyjdziemy na długie spacery (zwłaszcza jeśli nie leje jak z cebra), ale sporą część dnia spędzamy tylko razem, we dwie, bawiąc się we własnym towarzystwie. To wyobraźcie sobie teraz nasz dylemat, który wziął się stąd, że nagle w jej dniu miało przewinąć się więcej niż osób niż dwójka rodziców, w dodatku – i nic w tym dziwnego – każdy chciał zobaczyć i powitać na świecie, bo nasza rodzina jest dość rozproszona po całym kraju i niektórzy nie mieli okazji jeszcze jej zobaczyć na żywo. Jako mama byłam zaaferowana tym, żeby tego nie przeżywała, żeby się nie denerwowała całym tym zamieszaniem. Cóż, zwyczajny matczyny instynkt wziął nade mną górę i troska zaczęła dublować rozsądek na torze. Słowem: odwołajmy to wszystko, po co nam ten ślub, przecież możemy go wziąć kiedy indziej… na przykład za 10 lat😂

Tylko, że wszystko już było zamówione. Nawet pogoda 😉 Nie mogliśmy niczego zmienić ani tym bardziej odwołać, zaproszenia dawno zostały wysłane, urlopy zostały wzięte, wszyscy czekali na TEN DZIEŃ. Klamka zapadła. Trzeba było znaleźć inne rozwiązanie tego impasu. Patrząc jednak na Asię przeklinałam się w duchu za to, że byłam tam głupia i nierozważna, że wierzyłam, że to całe wydarzenie przejdzie jak z płatka, minie, obejdzie się bez większego echa również dla niej. Nie wzięłam pod uwagę jednego: że niemowlę najbardziej potrzebuje rodziców, ich poczucia spokoju i bezpiecznych ramion. A tego dnia… cóż, własnie tego miało zabraknąć. Gdy do wesela zostało jednak tylko nieco ponad 3 tygodnie naprawdę zaczęliśmy się martwić, jak mała to zniesie, jak przeżyje tę całkowitą zmianę rzeczywistości i… czy ja przez całe to zamieszanie pojawię się w ogóle na sali, czy raczej będzie jak w tej piosence: Pojawiasz się i znikasz, i znikasz, i znikasz… (ej, chyba coś często cytuję ostatnio Bajm… pora z tym skończyć! 😂). Serio, do ostatniego tygodnia sądziłam, że niestety będzie tak, że ze swojego wesele zapamiętam wyłącznie pierwszy taniec no i może dekoracje na naszym stole😂, ale… rzeczywistość nieco nas zaskoczyła.

A wszystko za sprawą opiekunki-niani, która podjęłaby się tak trudnego zadania, jak zajęcie się nieznajomym dzieckiem niemal z dnia na dzień. Bo oczywiście, że myśleliśmy o niani praktycznie od początku planowania wesela, ale nie wszystko poszło zgodnie z naszymi wyobrażeniami. Słabą stroną tego przedsięwzięcia było przede wszystkim to, że mieszkamy w Poznaniu a wesele jak to wesele, miało się odbyć w naszym rodzinnym mieście. I w tym szkopuł: no bo jak tu znaleźć nianię, która zostawi swoje życie i pojedzie z nami na tydzień (co najmniej), żeby zaopiekować się naszym dzieckiem? W dodatku w Poznaniu nie znaliśmy nikogo godnego polecenia i zaufanego, a żadnemu z nas nie uśmiechało się zostawić Asi w rękach całkowicie obcej osoby, której nie ufaliśmy. Na szczęście rzeczywistość okazała się nieco łaskawsza i 3 tygodnie przed weselem zadzwoniła moja mama mówiąc, że wyczarowała gdzieś spod ziemi dziewczynę, która ponoć ma bezcenne podejście do takich maluchów jak Asia. Wiecie, coś w stylu:

Kochanie, poznaj naszą nianię

Ale, heloł, jakie doświadczenie może mieć maturzystka, która właśnie ma zamiar wyruszyć w świat po wiedzę, skończyć studia, poznawać codziennie nowych ludzi i w dodatku sama dopiero co wygrzebała się ze swojego gniazda? Mimo to stwierdziliśmy, że nie mamy nic do stracenia, a czasu jest coraz mniej, tak więc na tydzień przed naszym weselem pojawiłam się w naszym rodzinnym miasteczku, żeby podopinać wszystkie sprawy weselne i sprawdzić jak nasza nowa niania poradzi sobie z Asią. No i oczywiście czy Asia i niania mają ze sobą po drodze. No i okazało się, że ten duet jest całkiem muzykalny i ładnie ze sobą gra 🙂 a nasze obawy były całkowicie nieuzasadnione. Niania od pierwszego dnia (czyli od poniedziałku) spisała się na medal. Przez cały tydzień pomagała nam w opiece nad kurczakiem, a my mogliśmy wszystko dopinać do końca. A było tego trochę: zawożenie na miejsce wszystkich atrakcji (dla dorosłych <%> i małych), zamknięcie listy gości (ostateczne), porozdzielanie pokoi, ostatnia przymiarka i odebranie sukienki (!)… oj, było tego trochę. No cóż. W tamtym tygodniu cieszyłam się z każdej chwili z Asią bo każda była dla mnie na wage złota, dopiero wtedy poczułam jak strasznie jestem uzależniona od własnego dziecka, od jej obecności.

Mimo to wierzcie mi, kamień spadł mi z serca, kiedy okazało się, że tak młoda dziewczyna potrafi sobie tak dobrze radzić z tak małymi dziecmi. Serio, zarzekałam się, że NIGDY nie użyję tych słów, ale tym razem zrobie wyjątek, bo ja to w jej wieku (nienawidzę tego stwierdzenia) nawet przez chwilę nie trzymałam takiego malucha na rękach, a co dopiero opiekowac się nim? Nawet nie wiecie jaka to było ulga dla nas, młodych rodziców, wiedzieć, że nasz kurczak jest z ta nową ciocią całkiem bezpiueczny i do tego… zadowolony. Dzięki czemu my ze spokojną głowa dalej mogliśmy załatwiać weselne sp-rawy nie mówiąc już o samym weselu. Opowiem wam o nim więcej w następnych postach, ale dziś przy okazji relacji na temat tego jak z weselem poradziła sobie Asia, chcę, żebyście wiedzieli, że latałam jak wariatka między salą a domkiem,w  którym przebywała Asia, ale i tak nadal byłam na tym swoim weselu, zatańczyłam z wieloma gośćmi, choć nie ze wszystkimi i zapamiętałam więcej szczegółów niż nasz pierwszy taniec i stół weselny. Było warto zaryzykować 🙂 oczywiście, mieliśmy tez plan B, którym były babcie Asi, ale wiecie, wesele organizowaliśmy przede wszystkim z myślą o naszych rodzicach, bo to oni nas naciskali i to dla nich skrzyknęliśmy pół Polski w jednym miejscu. Dlatego ta opcja, choć bezpieczna, była calkowitą ostatecznością. Poza tym strasznie nie chciałam, żeby Asia była na sali, bo wiedziałam jak ten nadmiar wrażeń i ogrom obcych dla niej twarzyna malutką podziała: miała bym takie gwiezdne wojny, że spokojnie na dwa dni by mi wystarczyło atrakcji połączonych z totalnym brakiem snu, w czym nie ma nic dziwnego, skoro Asia całe dnie spędza wyłącznie z nami, bo w Poznaniu jesteśmy zdani tylko na siebie. A goście, choć serdeczni, dla niej byli całkowicie nieznanymi osobami, na które Asia ostatnio reaguje o, tak -> 🙈🙉🙊

Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Asia przetrwała armageddon, my się pobawilismy na własnym weselu i ze spokojem w głowie korzystaliśmy z tego dnia, bojąc się znacznie mniej o Asię niż trzy tygodnie wcześniej. A wszystko dzięki naszej Kini, która wiecie, co… po prostu ma talent. Niektórzy świetnie robią naleśniki, inni zawodowo strzelają gole (#ifyouknowwhatimean :D), a Kinga ma dar do zajmowania się dziećmi. Ona chyba po prostu się z tym urodziła. Dziękujemy, Kochana <3 bez Ciebie byłoby znacznie trudniej :*

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media