Szkolny dzwonek to taki czarodziej…

Tak, wiem. Śpiewasz. W głowie już poleciałaś dalej za tą znaną piosenką z dzieciństwa. Wiem. Już pewnie jesteś gdzieś na wersecie: co czary mary robi nam co dzień... Kochana, uratuję cię z opresji, bo jednocześnie mówię Ci stój - nie idź tą drogą, naiwna...

Matko Polko! Niech ten cały Youtube piekło pochłonie razem z jego słodziasznymi songami z lat przedszkolnych! Niech przepadnie razem z tymi obrazkami i ich pełnią kolorów, tęczą w... nosie jednorożca i tekścikami, które kułam sama na pamięć do szkolnych przedstawień. A weź się, Youtubie, wyprowadź.

dwulatek śpiewa piosenki

Nie zgadniecie skąd ten mój osobisty mini hejt na tradycyjne piosenki znane nam wszystkim z dzieciństwa, z lat szkolnych, z

„…tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.”

I piosenki. Tak znane, tak lubiane. A jednak jakoś mi ta tkliwość i rozrzewienie skutecznie przeszło, kiedy musiałam przez półtorej godziny non toper klikać odtwórz ponownie co niespełna 50 sekund, bo Panna Joanna dzięki cioci zakochała się w magii Pana Tik Taka. Taaaak, tego samego Tik Taka z wieczorynki z mych młodzieńczych lat. Niech go szlag, tfu!, jasny trafi.

(Rany, nie piałam z zachwytu ucząc się w podstawówce Inwokacji na pamięć, a mimo to dziś jakoś patrzę z nostalgią na te strofy… co jest ze mną nie tak?!)

Poza tym czy tylko ja mam takie wrażenie, że melodie do tych piosenek są strasznie ubogie i takie… lakoniczne? Matko, cały czas mam wrażenie, jakbym znalazła się w żłobku na rytmice. Bez dodatkowych instrumentów.

Czy jest na sali mama, która przerabiała już etap piosenek dla dzieci? Powiedzcie mi, ile wytrzymałyście zanim popędziłyście jak Kubica do apteki po stopery? Nie wiecie, jak długo musiałam powtarzać, ze Pan Tik Tak poszedł już spać, żeby móc jutro od rana znowu jej śpiewać… zasnęła w końcu, a jej ostatnie słowa, które jeszcze zdążyły wybrzmieć zanim otuliły ją ramiona Morfeusza, brzmiały:

Ti, Ta?

Tak. Tak. Tak. To Pan Tik Tak. To jego miała na myśli. I ten jego mały świat. Tfu!

Martwię się. Martwię się, że zanim zmieni płytę, mnie wywiozą do Kocborowa, gdzie zajmę zaszczytne miejsce wśród matek z załamaniem nerwowym. Jeszcze jest epitafium na karcie choroby: bo córka kazała jej przez cały dzień słuchać piosenki dla dzieci. W żadnym razie nie podawać pigułek w kształcie Tic Taców.

Zwrócę jej jednak honor. Ja też tak miałam wiele razy, że jak przyczepił się do mnie jakiś kawałek, to odczepić rzep było trudno. Taka uroda. W końcu musi mieć coś po mnie, skoro większość odziedziczyła po mojej drugiej połowie, co nie? Twardo nadal utrzymuję, że oczy są całe po mamusi (cicho! Co z tego, że Michał też ma niebieskie?!). Ostatnio na przykład jak mantrę odtwarzałam w kółko „Szerokie Wody” Mroza, no wiecie, też nie jestem lepsza.

Jednak próbowałam. Naprawdę starałam się jej perswadować, że Youtube nie kończy się na świecie Tik Taka. Że jest coś dalej, więcej. A ona nie. Hermetycznie zamknięta pomiędzy głębią akordów swojej nowej ulubionej piosenki – dobra, to taki żart z tą głębią, umówmy się – nie zamierzała niczego zmieniać. Co tam zdrowie psychiczne matki! Co tam monotematyczność! Nawet adopcja Kundla Burego nie wchodziła w grę. Nawet nie zachęciła ją Peppa wyświetlająca się w bocznym pasku kolejnych propozycji, co mnie niezmiernie ucieszyło – skądinąd lubiana wcześniej przez Asię, ale nie przeze mnie dlatego poszła w odstawkę z tą swoją apodyktycznością, poczuciem wyższości, nieposkromioną pewnością siebie i narzucaniem zdania, które mnie denerwowały. Poza tym podjęliśmy już na samym początku decyzję, że bajki to ona sobie będzie mogła pooglądać, ale jak skończy przynajmniej 3 lata i zacznie coś z nich naprawdę kumać, że o pokrzywdzonym wzroku nie wspomnę. Ale będąc kiedyś u babci Peppa się nawinęła. I niestety się spodobała. Cóż. To był dla mnie trudny czas, ale też miałam okazję przyjrzeć się z bliska temu ryjkowi wystepującym nawet na piłkach do grania dla dzieci. I innych płatkach śniadaniowych. Peppie mówię stanowcze nie.

No ale wróćmy do tego, co mnie tu dziś sprowadziło. No więc kundel bury nie dał rady. Nie dały rady jadące misie, ani nawet żabka mała. Nie. Dopiero ta pszczółka, którą tu widzicie… ale na krótko. Na 30 sekund. Potem wróciłyśmy do wiercącego mi dziurę w głowie i doprowadzającego do szewskiej pasji Tik Taka. Dopiero kiedy i Tik Tak się zmęczył – jak mogłam na to wcześniej nie wpaść?! Pan Tik Tak przecież chodził spać po wieczorynce, czyli o 19:15 a nie 21:30… – zmęczyła się i Asia. Nie wiem, no naprawdę nie wiem skąd u niej taki gust muzyczny, skoro kiedy pojawiła się na świecie, drugiej nocy spacerując po sali, żeby ukołysać ją do snu, nuciłam „dni, których jeszcze nie znamy…”

Tak więc mamo, nie rób tego, nie popełniaj tego błędu! Nie pokazuj przedwcześnie Youtuba i jego meander swoim dzieciom. Przedwcześnie to znaczy zanim wyprowadzą się z domu. Albo co najmniej zaczną podzielać gust muzyczny rodziców lub zaprzyjaźnią się z osprzętem słuchawkowym. Rozumiesz, co nie? Z serii: nie rób tego w domu.

A morał z tej bajki jest prosty i niektórym znany: nie zostawiaj dziecka z ciocią, bo będziesz zasłuchany.

Ps. Ciocia, to żarcik oczywista! Z przyjemnością zobaczę, jaki kawałek wprowadzisz na salony następnym razem 🖤

Pps. Pan Tadeusz to nie jest moja ulubiona książka. Ba! Gardziłam tą lekturą i całą inwokacją przez wiele lat, ale ostatnio… ostatnio coś się zmieniło. No wzrusz normalnie, jak czytam ten fragment. O mamuniu… to chyba jeszcze nie jest starość, co nie?! Albo GORZEJ.

D O J R Z A Ł O Ś Ć 

Chyba czas na wakacje. Takie jak te na zdjęciu. Przestrzeń. Wiatr. Słońce.

I żadnej muzyki. Żadnego Tik Taka. I żadnych tykających zegarów.

#olaboga #tochybaczasnaHarregoPottera #wróćdzieciństwowróć

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media