Tata przy porodzie. Czy żałuję obecności męża? Poród cz. II

Przeprowadziliśmy tysiące rozmów o tym, czy tata przy porodzie powinien nam towarzyszyć, o czym wspominałam już tutaj. Stanęło na tym, że będzie razem z nami przy narodzinach naszej córki. Nie spodziewałam się jednak jakie ten wybór przyniesie konsekwencje.

Dłuuuugo się zastanawiałam, czy napisać ten post. Ale zdecydowałam się opowiedzieć o moich doświadczeniach porodowych, bo może ktoś coś sobie uświadomi. Mi o wielu kwestiach nikt nie powiedział i musiałam się z nimi zmierzyć w chwili, gdy nadeszły. Trudno się przygotować na coś, czego się nie spodziewasz.

Kiedy znaleźliśmy się już po wszystkich perypetiach (o których pisałam tutaj) na sali porodowej, nie myślałam w ogóle o tym, co przyniesie wspólne rodzenie. Skurcze nasilały się z każdą minutą, kręciło mi się w głowie, czułam nudności i przyznaję, że trzęsły mi się nogi. I gdzieś jeszcze w tym wszystkim był mój mąż w szpitalnej morsko-zielonej narzutce, obserwujący wszystkie moje gesty i dawane znaki. No i ten cudowny strój szpitalny: wypasioną koszulę z dziurą do pępka i wkute wenflony. Słowem bosko! Ale co tam. Nie miałam czasu myśleć o tym, żeby w tej chwili wyglądać na taką mnie, jaką zabierał na randki.

Kiedy przyszła do nas położna, pierwsze pytanie było do Michała.

Tata rodzi z nami?

Bez zastanowienia odpowiedzieliśmy twierdząco. Dobrze – powiedziała, – w takim razie tata może sobie usiąść tu. Michał usiadł na przeciwko mojego fotela na szpitalnym białym taborecie, który z wygodą bynajmniej się nie kojarzył. Czy mogę jakoś pomóc Anecie? – tak brzmiało pierwsze pytanie mojego męża do naszej położnej. Był zdeterminowany zrobić wszystko, żeby mi trochę ulżyć.

Nie urodzisz za nią i nic nie możesz zrobić.

Takie uczucie bezradności wkurzało go do czerwoności, bo nie należy do ludzi, którzy w bezczynności smakują. Ale wiecie co? Wiedzieliśmy, że nasza położna nie robi tego po to, żeby nas wkurzyć tylko uświadomić nam wagę sytuacji. Nikt za mnie nie mógł tego przejść. To dziecko ja nosiłam w sobie i to ja musiałam sprowadzić je na świat. Na czym więc polegało całe to wsparcie Michała, o którym tak ciepło pisałam w poprzednim poście? A na tym, że ze mną był.
Położna powiedziała nam od razu, że to będzie ból, jakiego jeszcze nie znałam i trzeba się na to nastawić, przygotować. Jeśli będę z tą świadomością walczyć, narodziny odciągną się tylko w czasie, co i dla mnie jak i dla malutkiej mogło oznaczać skutki, których nikt nie chciałby doświadczyć: wiele godzin (nawet do 20h!) rodzenia w bólach i skurczach, możliwość zakleszczenia się małej w kanale rodnym, uszkodzenie jej ciała przy wyciąganiu jej ze środka, uszkodzenie moich narządów, cesarka i jeszcze raz potworny ból… I Michał niestety tego bólu nie mógł przeżyć za mnie.

Zanim położna wyszła z naszej sali, bo w tym samym czasie rodziła jeszcze jedna dziewczyna (z którą później jak się okazało leżałam na sali położniczej) i musiała pomóc nam obydwu, a ona była sama, poinstruowała mojego męża, na czym ewentualnie może polegać jego pomoc:

  • idźcie pod prysznic i na piłkę – musicie się ruszać, inaczej poród będzie trwał dłużej, a chcemy urodzić maksymalnie do 19:00 ok? Potem kończę zmianę (była 14:30)
  • pamiętajcie, żeby cały czas oddychać z przepony – mężczyźni wiedzą, jak to robić, więc mąż ma tego pilnować. Będzie ci łatwiej urodzić, bo oddychając przeponą, odciągasz ją i robisz miejsce dla dziecka, żeby wstawiło się w kanał rodny (ha! pokazuję wam trochę drogę na skróty 😉 mi to naprawdę pomogło)
  • jak będziesz chciała siusiu to nie trzymaj – idź do łazienki, niech ci mąż pomoże, najlepiej jest mieć pusty pęcherz.

Uwierzcie mi, że chciałam. Naprawdę chciałam skorzystać i z prysznica, i z piłki, żeby trochę odpocząć między skurczami. Nie udało się. Zdążyłam dojść do łazienki i wtedy dopadły mnie takie mdłości i ból, że wróciłam od razu na fotel (tak, do dyspozycji oprócz łóżka miałam jeszcze całkiem wygodny fotel) i… no cóż, ładnie się tego nie da napisać, a chcę, żebyście i na takie ewentualności były gotowe, bo mogą się zdarzyć. Zwymiotowałam.
Wiem, jak to brzmi. Proszę, żebyście się nie oburzały. To jest naturalne podczas porodu, kiedy wszystko cię uciska i co 1,5 minuty masz skurcze. Tak już jest i na to też musisz być gotowa. Dlatego zastanów się, czy ty i osoba, która przy tobie będzie jesteście w stanie wytrzymać wszystkie takie niespodzianki, a kilka może się zdarzyć. Nie ma w tym nic pięknego. To są realia porodowe. Mi o tym nikt nie mówił, że tak może wyglądać rodzenie, może to definitywnie odciągnęłoby mnie od pomysłu zabrania ze sobą Michała. Może nigdy nie zdecydowałabym się, żebyśmy rodzili razem, wiedząc o takich przypadkach. Wiecie, jak fatalnie się czułam z powodu tego, że mój mąż musiał na to patrzeć? To nie było łatwe. Ale spoko. Za chwilę ten dylemat odszedł kompletnie w niepamięć, bo znowu nadszedł skurcz – tym razem czułam go już tak wyraźnie, że chciałam stamtąd jak najszybciej uciec. I wówczas wiele rzeczy straciło na znaczeniu. Michał zawołał położną, która przyszła i otrząsnęła nas trochę z tej sytuacji.

– I po to mnie wołaliście? Bo zwymiotowała? To trzeba poprosić salową. A ty na łóżko i na bok.

Pani salowa przyszła i szybko się uwinęła, nawet nie zauważyliśmy. Wybaczcie mi szczerość, ale po tym zrobiło mi się lżej… na chwilę. Położna podpięła mnie znowu pod KTG i przekręciła na lewy bok. Z takim bólem, jaki poczułam w tamtej chwili razem ze skurczem, jeszcze nie miałam okazji się zmierzyć. Odruchowo chciałam przekręcić się na plecy, żeby tylko przestać to czuć…

– Chciałeś żonie pomóc? To pomóż – mówi tym razem do Michała – pilnuj, żeby się nie przekręciła na plecy. Inaczej będzie rodzić co najmniej dwa razy dłużej, a chyba chcecie jak najszybciej stąd wyjść, co? I oddychajcie tak, jak mówiłam. Wdech dwie-trzy sekundy, wydech. Pilnuj, żeby tak oddychała.

(udało mi się Michała namówić na wstawienie tych zdjęć. Uwierzycie?! Reszta Mamy)

Wiem, wydaje się dość ostra ta nasza położna, co nie? Ale wiecie, gdyby cackała się ze mną, to pewnie pozwalałabym sobie na gorzkie żale. Taka już jestem, że łatwo się rozklejam. A w tej sytuacji nie było mowy o rozklejaniu. Musiałam się skupić na tym, żeby urodzić jak najszybciej. I taki trener, który przywoływał mnie do porządku w chwilach słabości był mi bardzo potrzebny. Kiedy wyszła z sali Michał przejął pałeczkę. Oddychaj przeponą – mówił. Wiedziałam, jak to zrobić bo przed ciążą trochę ćwiczyłam. Wtedy też Michał mnie nauczył jak oddychać w ten sposób. Nie miałam w życiu niemal nic wspólnego ze sportem oprócz dwóch tygodni nart co roku i WF w szkole. To też kiedy zaczęłam ćwiczyć, nauczyłam się też jak oddychać. Ćwiczcie, dziewczyny. Nauczcie się tego i przygotujcie zanim pojedziecie rodzić. Będzie wam znacznie łatwiej i przyspieszy to całą akcję.

Wracając jednak do porodu. Oddychanie z przepony pomaga dziecku wstawić się w kanał rodny szybciej, to prawda, ale boli jak cholera. Do takiego oddychania trzeba się zmusić. Dlatego jeśli chcecie rodzić razem poćwiczcie sobie już wcześniej. Kiedy nadejdą skurcze parte takie oddychanie może okazać się kluczem do szybkiego porodu. U nas się sprawdziło. Bo między jednym skurczem a drugim (jeszcze przed skurczami partymi, zanim i te się pojawiły) będziecie najprawdopodobniej – uwaga, uwaga – spać. Serio. Zdziwione? A wiecie jaka ja byłam zdziwiona jak to sobie uświadomiłam? Spać podczas porodu?! No way! A jednak… naprawdę regenerowałam siły między skurczami zasypiając. I tu pomoc mojego męża to było clue naszego wspólnego rodzenia. Kiedy ja przysypiałam, żeby chwilę odpocząć i budziłam się nagle z następnym skurczem po prostu z bólu, Michał siedział przy mnie (miażdżyłam mu całkiem świadomie rękę, a niech ma!) i za każdym razem przypominał: oddychaj, jeszcze raz, z przepony pamiętaj. Kiedy przytomniałam, czasami miałam ochotę powiedzieć mu, żeby wsadził sobie to oddychanie wiecie gdzie, ale zaraz przypominałam sobie, że gra toczy się o kolejne minuty. Im częściej będę oddychać podczas skurczu w ten sposób, tym szybciej mała przyjdzie na świat.
Mój mąż wytrzymał tak cały poród, który trwał 4 h od momentu pojawienia się skurczy. I czuwał. Cały czas czuwał i przypominał mi po każdej pobudce. Ale to nie koniec… wszystko, czego się bałam, najgorsze dopiero miało nadejść. Kiedy pojawiły się skurcze parte (nawet się nie zorientowałam, ile czasu minęło) Michał zawołał położną.

– O, rodzimy – uśmiechnęła się – no to dawaj. Zanim przewrócisz się na plecy, wstawisz dziecko w kanał na boku. Pójdzie szybciej.

Musiała zobaczyć moją super reakcję na tę nowinę, bo od razu przypomniała mi, że jeśli chcę rodzić 12h to oczywiście jest też taka opcja. Wtedy swobodnie mogę sobie leżeć na plecach nawet do następnego dnia. Z kolejnym skurczem partym, który przyprawiał mnie o poczucie rozdzierania na kawałki, Michał dalej przypominał mi o przeponie, co pomogło małej szybciej się wstawić. Kiedy główka była już widoczna, położna przewróciła mnie na plecy. Z kolejnym partym skurczem tym razem już nie miałam oddychać tylko przeć. No, kolorowych jarmarków nie było.
Kiedy główka małej już wyszła, ja już czułam się jak po tygodniach tortur i przebiegnięciu Iron Man’a. Dobra, rodzimy, czy czekamy? – padło pytanie gdzieś z ust położnej. Serio, trudno się skupić w takiej chwili na czymkolwiek, jeśli masz wrażenie, że zaraz w zasadzie przestaniesz istnieć.

– Rodzimy! – niemal krzyknęłam, bo właśnie pojawił się kolejny skurcz.

Położna zawołała panią doktor. Młoda dziewczyna, która pojawiła się w sali wyglądała, jakby nic jej nie mogło zaskoczyć. Z maseczką na twarzy, bystrymi oczami i dłońmi, które nie trzęsły się ani przez chwilę.

– Dobra, to teraz, jak będziesz miała skurcz to nie przyj tylko oddychaj, jakbyś dmuchała świeczki. I nie krzycz, bo tak tracisz całą energię i oddech na krzyk, zamiast na parcie.

Aha, gadaj zdrów.  Jak tu nie przeć, skoro mnie wszystko od środka z każdym skurczem rozrywa?!

– Nie przyj w czasie skurczu, bo będę musiała cię naciąć!

Ale ja już nie słuchałam, nie miałam już siły i chciałam, żeby wszystko się jak najszybciej skończyło. I skończyło się tym jednym ostatnim skurczem. Nacięto mnie, żeby mnie nie rozerwało, a i tak pękłam w dwóch miejscach. Cholera, wiecie, jak żałuję, że nie posłuchałam? Wiecie, jakie to uczucie być o krok od zwycięstwa i stracić to, co chciałyście osiągnąć? Żałuję dzisiaj tego bardzo. Że nie wytrzymałam. Nie wytrzymałam tych 3 minut dłużej, ale malutka na szczęście pojawiła się na świecie cała i zdrowa. I od razu położono mi ją na klatce. Gdybym mogła, to bym chyba wtedy skakała z radości.
Spojrzałam kątem oka na Michała, który w tych ostatnich momentach mógł tylko być i słuchać mojego darcia się na pół Poznania, które (serio) pomagało bardzo. I… nie opowiem wam już słowa więcej, bo reszta należy tylko do nas.

Co chcę wam jeszcze opowiedzieć to to, że moment przecinania pępowiny dla taty jest bardzo pamiętny i choćby dlatego warto mu pozwolić ze sobą być. On też to przeżywa. Kocha cię, ma te wszystkie uczucia, które też go wykańczają, kiedy patrzy jak się męczysz, no przecież zrobiłby wszystko, żeby ci pomóc. Ale nie może. Może tylko i aż być. I pomagać ci oddychać. I zaprowadzić cię pod prysznic i na piłkę, jeśli będziesz chciała. I chociaż za ciebie nie urodzi, to będzie przeżywał tak jak ty. Dla niego to też jest najważniejszy moment w życiu.

Mimo że pojawiło się kilka doświadczeń podczas porodu, których za żadne skarby nie chciałabym, żeby oglądał (jak te wymioty, mój krzyk, rodzenie łożyska), to ten poród nas jeszcze bardziej zbliżył. Ta miłość, która jest między nami jest wyjątkowa, a teraz jesteśmy jeszcze bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. I nie żałuję, że tam ze mną był. Mimo, że to wszystko widział. I mówiąc wszystko, mam na myśli WSZYSTKO. Poza tym gdyby nie Michał narodziny naszej córki trwałyby jeszcze dłużej. Dzięki niemu i jego czuwaniu urodziłam szybciej. Fakt, że nasza maleńka przyszła na świat w 4 h od momentu pojawienia się pierwszych skurczy zawdzięczam mojemu mężowi.

(Dużo razy padło słowo na „B”. Ale uwierzcie mi, to i tak nic w porównaniu z tym bólem, który się odczuwa podczas porodu i naprawdę trzeba się na niego nastawić. Inaczej będziecie rodzić dłużej).

Wszystkiego niestety nie pamiętam. Wiele rzeczy zapewne mi umknęło. Ale jedno zapamiętam wyraźnie. Jego siłę, która trzymała mnie w ryzach do samego końca i pomogła wytrzymać tych kilka dłużących się godzin i jeszcze kilka dni po wszystkim. Bo wierzcie mi, poród nie kończy się w momencie narodzin. Na przykład ja miałam też przetaczaną krew, bo byłam bardzo osłabiona i zbyt wiele jej straciłam podczas narodzin naszej córki. I wtedy też potrzebowałam wsparcia i wyciszenia się w tej nowej rzeczywistości. Niesamowity jest ten mój mąż.

Porozmawiajcie ze sobą. Przedyskutujcie za i przeciw. Jeśli ma was wspólny poród osłabić – nic na siłę. Pamiętajcie, że wasza relacja też jest ważna. Ja wiem, że zdecydowałabym się, żeby Michał był ze mną raz jeszcze. Nie było piękniejszego momentu niż chwila, gdy malutka, nasza Asia, była już z nami. Kiedy było po wszystkim i mogliśmy się już tylko cieszyć.

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media