Kwiecień. Prima Aprilis, wiosna i co ty mi zrobiłeś

Ten miesiąc jest dla mnie ważny. Mimo, że do niedawna nie przepadałam za Prima Aprilis. Cholera! Teraz to nawet jeden z ulubionych miesięcy w całym moim życiu! Nawet marzec nie jest dla mnie taki piękny, taki niesamowity, taki... zwiastujący. Bo choć to w marcu ponoć wiosna budzi się, by rozwinąć skrzydła to dopiero kwiecień przyniósł radość, szczęście, obietnicę zupełnie innego życia.

Dawno nie wrzucałam świeżynki, ale to wszystko przez tę wiosnę! Zawróciła mi w głowie, wygnała na dwór i przypomniała o czymś ważnym. O wydarzeniu, które wywróciło całą konstelację do góry nogami i mnie samej kazało stanąć na głowie, bym mogła zobaczyć wszystko z innej perspektywy. Zupełnie nadzwyczajnej i niesamowitej, bo wiecie, ten miesiąc to miesiąc istnych cudów! Ale zacznijmy od początku.

reszta mamy pl kwiecien wiosna ciaza

I mówiąc o początku mam naprawdę na myśli 1. kwietnia. Prima Aprilis – dzień kawalarzy, którzy za nic mają dobry stan zdrowia psychicznego powziętych obiektów żartów i średnio udanych dowcipów. Ale to też dzień, kiedy to właśnie mi – a w zasadzie nam – los wywinął psikusa. Wyobraź sobie, że właśnie rzuciłaś pracę, jesteś w strefie szarej, ostatni dzień wypowiedzenia upłynął 31. marca a od następnego dnia zasilisz bezkarnie szeregi gabinetu cieni, podwórkowych polityków, najmniej podziwianej grupy w kraju, czyli bezrobotnych. Tymczasem snujesz sobie plany na przyszłość, od dawna nie czułaś takiego zrywu wolności, więc urządzasz sobie pod prysznicem festiwal młodych, gniewnych, niezależnych talentów prosto z klatki B, nie martwiąc się tym, że sąsiedzi jeszcze tego samego dnia podpiszą petycję o wygłuszenie pionu na poziomie gdzie mieszkasz, wkrótce masz podpisać umowę na nową ciepłą posadkę, więc martwica budżetowa ci niestraszna, a jajeczniczka dogorywa sobie na talerzu czekając w towarzystwie pysznych kanapeczek z rzodkiewką na talerzu. Żyć nie umierać.

Po czym mąż-ale-jeszcze-wtedy-nie-mąż patrzy na ciebie z przechyloną głową (zawsze tak robi, kiedy jego mózg się znęca nad jakąś twardą hipotezą), że może powinnaś zrobić sobie test.

Kochanie, ja już jestem za stara na testy IQ, więc przestań mi sugerować, że pod czaszką zieją bezkresne przestrzenie i przepastne pola nicości. Sęk w tym, że to żadne testy predyspozycji zawodowych miał luby na myśli. Nie. On mi wprost zasugerował TEN test. No to wiesz co ja na to? Że głupi. Że może czas odwiedzić specjalistę pierwszego kontaktu. Ale żeby się publicznie nie kłócić – bo odwiedzało nas wtedy rodzeństwo dla świętego spokoju poszłam zrobić TEN TEST. I co? I były dwie. O d   r a z u.

Zanim to jednak zdążyłam przyjąć do wiadomości. Popukałam się w głowę. No tak. Pierwszy kwietnia. Prima Aprilis. Pewnie TEST robi sobie ze mnie żart. I pani z apteki. No ale żeby nie ulegać złudzeniom i nie martwić się na zapas to zrobiłam drugi. DRUGI TEST. Ten był gorszy. Wiesz już dlaczego, nie? Tak, właśnie tak. Bo potwierdził ten pierwszy.

No i się zaczęło.

„Co TY mi zrobiłeś?!” (bo to przecież samo się, więc jego wina!)

„Co MY teraz zrobimy?!”

„Nie mam pracy!”

i najważniejsze:

„Kto powie rodzicom?!”

Ta historia zaczęła się płaczliwie. A dalej było tak:

„-Mamo. Mamo, Aneta jest w ciąży.
– O, to gratulacje!
– Mamo, Prima Aprilis!
– No wiesz co, żartujesz z takich rzeczy…
– oj tam, oj tam
(bla bla bla)
– To cześć
– Na razie, hej, pa.
(4 minuty później)
– Mamo. Mamo, to nie był żart.”

resztamamy tata z dzieckiem na wyjeździeNo. To tego. Mniej więcej tak to wyglądało. Potem ja dzwoniłam do swoich. Było jeszcze śmieszniej, bo moi rodzice raczej są mocno wygadani. Zwłaszcza tata, który przygadywał nam od dwóch lat o Tuchałkę, wzorując się na bohaterach komedii „Zróbmy sobie wnuka”. Cóż, żałuję, że nie mogę wam tutaj wsadzić nagrania tej długiej ciszy, która wypełniła telefon, gdy im powiedziałam. Dopiero po jakichś dwóch minutach po kilku „halo, jest tam kto? ŻYJECIE?!”, usłyszałam krótkie „N…Naprawdę?”, a potem już szczęśliwe gratulacje okraszone wzruszeniami i łzami. Było super. Ale wiecie nie chciałam mówić rodzicom w ten sposób tyle, że potrzebowałam pomocy mojej mamy w zakresie zatrudnienia, bo sama zna temat najlepiej, więc to ona była moim pierwszym kontaktem na liście, kiedy trzeba było ratować rodzinne zaplecze dolarowe. I pomogła mi. Jak zawsze. Bo okazało się, że w ciążę zaszłam jeszcze przed złożeniem wypowiedzenia, więc pracodawca musiał przyjąć mnie z powrotem do pracy. Wróciłam jak przysłowiowy weksel. No ale mniejsza o środki i półśrodki! Dzień się jeszcze nie skończył!

Po trzech godzinach względnego szoku w końcu przyszło opamiętanie i to bez Relanium ekstra! No bo przecież to nie był koniec świata, wprost przeciwnie – to najpiękniejszy początek nowego życia, jaki można sobie wymarzyć. Czas na moment się zatrzymał, ziemia przestała się kręcić, ale grawitacja działała na szczęście dalej, kiedy pierwszy raz głaskałam jeszcze płaski brzuszek wynajęty na pokój dla małego człowieka, który 1. kwietnia w Prima Aprilis (!) na dobre i oficjalnie zamieszkał pod moim sercem.

Psy szczekały, a karawana jechała dalej. Kwiecień rozkręcił wiosnę w całym naszym życiu. Wszystko zaczęło dziać się tak szybko, rutynowa codzienność nabrała rozpędu, żaden dzień nie przypominał poprzedniego, wiele rzeczy musieliśmy załatwić i ogarnąć, a mi towarzyszyła we wszystkich podróżach od tamtego dnia ciągle mała cudowna króla, na którą nie mogłam się doczekać. Bo choć tamtego dnia pierwszy szok i pierwsze wrażenie to było szaleństwo emocji, istne hormonalne tornado, przy którym PMS się chowa, to trzy godziny później wyłam dalej – ale już z całkowitego szczęścia. To było nie do opisania. Czysta, prawdziwa, bezwarunkowa miłość. Powoli zaczęło do mnie docierać, że za parę miesięcy będę mamą. Mamą, który trzyma za maleńką rączkę nowy wspaniały świat. Największa przygoda dopiero miała przybić nam do brzegu.

Dlatego kwiecień ma w moim sercu tak znaczące miejsce. Dlatego jest dla mnie takim ważnym miesiącem w roku. Bo to właśnie w kwietniu obudziłam się do życia, zaczęłam wierzyć we własne możliwości, zaczęłam uczyć się pewności siebie, miłości, szacunku do życia. I wiecie, tak sobie myślę, że ta kalendarzowa marcowa wiosna jest mocno przereklamowana. Nie wiesz, co to znaczy przebudzić się z letargu Netflixów, codzienności, względnego robienia nic, odhaczania kolejnych ptaszków z listy „MUSISZ zrobić dziś, ASAP!” (<- nie lubimy się z tym stwierdzeniem. Bardzo się nie lubimy. No dobra, to już czysta nienawiść, ale dajmy spokój niuansom), dopóki sytuacja cię nie zmusi do budowania wszechświata od nowa. I dopiero siódmego dnia będziesz odpoczywać. Chcę wam tylko powiedzieć – że też polecę jako Coelho, ale mam dobre intencje (wiem, wiem piekło tymi intencjami, piekło!), że prawdziwa wiosna zaczyna się wtedy, kiedy to my budzimy się do życia wyłączając te wszystkie Netflixy (albo kiedy los robi to za nas). U nas wiosna rozsiadła się na dobre. Wciąż jesteśmy na etapie wylewki fundamentów, więc do porządnych ścian jeszcze daleko, ale przynajmniej na gwiazdkę będzie choinka obok ogniska w podłodze, co by można było rybę usmażyć. Działam! Bo dla mnie kwiecień to obietnica. Ta z tych najpiękniejszych na świecie i bezcennych. Obietnica, że wciąż czekają na mnie prawdziwe cuda, o które warto walczyć.

Ps. Jedną z tych rzeczy jest wspólny czas. Dlatego z całych sił walczę o każdy wspólny wypad nawet na łąkę. Dziś na zdjęciach macie próbkę takiego wyjazdu, ale już planuję dłuższe wakacje. I co proponujecie: w Polskę czy nie Polskę? Gdzie się wybieracie?

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media