O tym, jak mnie mąż wystawił do wiatru

Będzie to bajka trywialna i niektórym znana. Z mężami to bywa tak, że wolą obronić własną skórę, niż honornie żonę uchować od wszelkiego złego... na przykład samej siebie. No ale od początku.

Jesień naprawdę nie musi być ponura, nie potrzebuje zawodzenia na wietrze, niekoniecznie trzeba ją przeganiać. Można ją pokochać. Pokochać, nie znaczy pokonać. Można ją kochać za tysiące kolorów, którymi maluje rzeczywistość. Za owoce, które zrzuca na głowę. Za orzechy, za żołędzie, za szyszki. I można ją kochać za to, że nas hartuje. Że po wakacyjnych miesiącach przychodzi, by postawić nas do pionu, pomóc wrócić na właściwe tory, by zacząć znów po rozleniwieniu tym całym gorącym słońcem trzymać się w ryzach. I w końcu można ją kochać za to, że otwiera oczy. Zwłaszcza żony odziera ze złudzeń i fantazji o własnym małżeństwie.

morsowanie w jeziorze reszta mamy

Bo to było w sumie tak, że od początku września marudziłam, że już dzień coraz krótszy, że coraz chłodniej, że słońca mniej i w ogóle tak jakoś znowu depresyjnie się robi. Ale mój mąż z tych gruboskórnych, więc moje zajadanie się pączkami i tabliczkami czekolady kwitował tym, że przecież jak się tak wezmę i zbiorę w sobie, to przestanie mnie obchodzić, że jesień, JESIEŃ, znowu rozsiadła się na salonach.

Poza tym, wiesz, jak to matczyne życie. Typowy #momlife rzadko pozwala na to, by siedzieć na tyłku dłużej niż przez 15 sekund. I tak rzeczywiście było, ale kiedy wieczorami zgarniałam po zaśnięciu Króli tę godzinkę dla siebie to wracało do mnie to poczucie, że koniec lata, to tak naprawdę koniec tego wspaniałego czasu, kiedy wychodzić na dwór mogłyśmy nawet o 19:00 i nadal było dość jasno, by grać w piłkę, a temperatura pozwalała na to, żeby się odcebulować i nie ubierać 5 warstw na siebie i kurczaka, który wówczas wyglądem przypomina astronautę w kombinezonie.

Taka to depresja była, którą zaleczałam czekoladą, kilotonami cukru i fast-foodów zamawianymi od czasu do czasu z prośbą, by domofonem dostawca nie dzwonił, co bym w spokoju mogła cieszyć się pizzą.

Na szczęście z odsieczą przybył mój mąż, który w krótkich spodenkach i klapkach (bez skarpet!) chodzi do sklepu w grudniu po południu albo z samego rana. Który do pracy jeździ na rowerze w krótkich spodenkach nawet w listopadzie. Który zakłada t-shirt i wychodzi na dwór, gdy innym wystaje tylko nos spod kaptura, a wyglądem przypominają Eskimosów. I wreszcie mąż, który morsuje. Od blisko 3 lat.

Cóż, oczywiście przyznam się wam, że go wyzywałam od dziwnych ludzi i kazałam zgłosić się do lekarza tego od szukania piątej klepki, ale po cichu też zazdrościłam mu determinacji, odwagi, siły do przeciwstawienia się temu, czego naprawdę nie chce się robić. Zazdrościłam mu, że potrafi stawić czoła samemu sobie, wyrzec się wygody, tego co łatwe na rzecz tego, co sprawia, że nie chcesz wygrzebać się spod koca przez cały rok i warczysz ostrzegawczo, kiedy każą porzucić ci gorący kubek parującej herbaty. Oraz termofor. No więc w końcu dałam mu się namówić. Mówię, dobra, co mi tam, najwyżej zamarznę na śmierć. Co było prawdopodobne, bo optymalna temperatura do zachowania funkcji życiowych wg mojego ciała to 25 stopni i więcej. Ale ok. Dałam się namówić.

Przyjechała siostra mojego męża z chłopakiem – też niezłe świry, mówię ci, surfują w listopadzie po Bałtyku. TAK, da się. – no i grupowo wybraliśmy się na mój chrzest bojowy. A że byliśmy akurat u dziadków, jezior dookoła mamy bez liku, jest więc w czym wybierać. Nie mogłam więc powiedzieć nie, bo syf w wodzie. Czołowy argument wybili mi z ręki. Poddałam się. Najwyżej będę chodzić przez tydzień z gilem do pasa, trudno. Ruszyłam po przygodę zdając się na prowadzący mnie za nos głos męża, który od trzech minut po rozgrzewce siedział już po sutki w wodzie.

Wiesz, zawsze śmiałam się z tych wszystkich cwaniaków, którzy w skarpetach, rękawiczkach i czapkach włazili do lodowatej wody. Teraz już bardziej ich rozumiem. Trzęsąc się i dygając z wrażenia wlazłam w skarpetach do wody, która miała minus trzysta pięćdziesiąt stopni. No dobra, tak naprawdę miała AŻ osiem – wystarczająco, co nie? Nie myśląc o tym, co mi to zrobi w głowę, szłam prosto przed siebie burząc lustro wody i skupiając się na głosie Michała, który mówił, instruował, prowadził. Wiesz, to takie uczucie, jakby ci w stopy wbijali igły, zaczynasz się hiper wentylować, ale już wtedy nie zastanawiasz się, co robisz. Po prostu to robisz. Na chwilę stajesz się częścią tego zupełnie nowego dla ciebie ekosystemu, skupiasz się na tym, jak zachowuje się w tych nowych zupełnie warunkach twoje ciało i jak próbuje dostosować się do nich. Jest zimno, ale nie jest nieprzyjemnie. Wszystko dzieje się mega dynamicznie, tempo zmian przyspiesza, serce zaczyna bić szybciej, nie zauważyłam, kiedy moje 10 sekund, które zakładaliśmy minęło i już wyłaziłam zdrętwiała na brzeg (tak, po 10 sekundach w jeziorze miałam wrażenie, jakby mi ktoś zabetonował nogi). Miałam niezłą eskortę – dwóch przyszłych lekarzy czekało na mnie z ręczniczkiem i kurtką.

I wtedy do głowy przychodzi mi jedno. Jak oni mogli siedzieć w tej wodzie przez bite pół godziny w tym całym „Titanicu”, skoro mi po 10 sekundach już zdrętwiało ciało? Ten reżyser to jakiś sadysta musiał być chyba! Leo zdecydowanie zasłużył na Oscara. Dobrze, że dostał go chociaż później niż wcale, ale jednak za te morsowanie w oceanie dałabym mu tę statuetkę 22 lata temu. Zasłużył.

No ale mniejsza o osiągnięcia zawodowe! Czy wy sobie zdajecie sprawę z tego, jak mnie mąż do wiatru wystawił?! I to dosłownie, ale również w przenośni. Dosłownie, bo przecież kazał mi się rozebrać i to bynajmniej nie dlatego, żeby czułościami sypnąć, tylko po to, żeby mi lodowaty prysznic zafundować. A w przenośni to chodzi o to, że zataił przede mną fakt, śniący mi się obecnie po nocach…

No więc dlatego, że miałam ze sobą zaplecze medyczno-mediowe, które z telefonem i kamerą w d… się urodzili, to oczywiście postanowili upamiętnić ten piękny i jakże przełomowy moment, gdy zdarłam z siebie szaty i zmieniłam się w morsa. To NIE JEST przenośnia. Dostałam później te zdjęcia, a jakże! Sama chciałam zobaczyć. W końcu to ja przeważnie latam z aparatem. Tylko, że jak je zobaczyłam to już nie było mi tak miło, odważnie i w ogóle bohatersko przestałam się czuć. Wiecie dlaczego? Przeczytajcie sobie więc mój krótki dialog z mężem, kiedy zawinięta w koc, popijając grzane wino siedziałam z tym wyrodnym chłopem w ciepłym domku i oglądałam materiał dowodowy. Azaliż:

Ja z japą:

– A czemu ty mi nie powiedziałeś, że ja taka gruba jestem?!

– Kochanie, mąż nie może mówić żonie, że jest gruba, bo to oznacza śmierć.

– no i co z tego? Ale dlaczego mi nie powiedziałeś?!

Kurtyna.

Takie o to mam wsparcie. Tekst, że i tak mnie kocha, ale niewątpliwie przestanie jak nie zrobię czegoś z kochanymi fałdkami jakoś na mnie nie podziałał motywująco. (to żarty oczywiście. Piszę dla tych, którzy mogliby potraktować te groźby serio). Tylko o własną skórę się troszczy, nic poza tym. I co z tego, że bym rzuciła focha na resztę roku? To chyba i tak lepiej niż pewna zagłada za to, że nie uprzedził mnie o tym, iż mogą mnie urazić własne zdjęcia! Czy wasi mężczyźni, i WY, Panowie, którzy tu jesteście, też tak opuszczacie swoje żony w potrzebie i chowacie się za gardą argumentu, iż w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone? Osobiście uważam, że lepiej od miecza zginąć, niż zostać pochłoniętym przez tajfun, który w końcu znudzony zawodzeniem zmęczy się i porzuci gdzieś w cholerę sponiewieranego, ale co ja tam wiem o facetach…

W każdym razie taka impreza była! Morsowanie to naprawdę ciekawy sport. Teraz kiedy mam już te doświadczenie za sobą powiem wam, że rozumiem dlaczego jest w tym coś, co skłania ludzi, żeby najpierw wyskakali 100 pajacyków, 300 tys. krokodylków i 158 przysiadów, a potem zdzierali z siebie ciuchy i czym prędzej biegiem włazili między kry prosto w przeręble. Był taki moment, kiedy wlazłam do jeziora i opłynął mnie z każdej strony chłód wody, serce nagle bardzo przyspieszyło, oddychałam z taką intensywnością, jakbym wbiegała na Śnieżkę, że pomyślałam sobie po wszystkim woooow, chyba nigdy nie byłam tak blisko pogrążenia się w fazie medytacji, kiedy nie myślisz, nie planujesz, nie starasz się zrozumieć, nie czujesz, po prostu jesteś. Niesamowite uczucie, polecam gorąco każdemu. To też fajne doświadczenie typowo przeznaczone dla mam, które potrzebują resetu. Serio, morsowanie pomaga na chwilę wyłączyć wtyczkę do świata i skupić się wyłącznie na byciu.

Później takiego efektu WOW nie ma, ale zawsze warto spróbować choć raz.

Jak będziecie chcieli i chciały to wrzucę wam tutaj kilka instrukcji prosto od mojego męża, który morsuje już 3 lata, jak tę przygodę zacząć i nie zwariować. A ja wam napiszę więcej o tym doświadczeniu może następnym razem. I w ogóle ajm sorry, że ostatnio mnie tu nie było, ale życie toczy się czasami tak różnie, a ja nie o wszystkim mogę i potrafię wam napisać. Dlatego tak długo zbierałam się, by napisać cokolwiek. Ale będę tu bywać nadal i chciałabym, byście i wy bywali. Jeśli będziecie tu nadal to takich zajawkowych postów będę wrzucała więcej. A już  niedługo napiszę wam, co się u nas zmieniło, jak zmieniła się nasza Króla i gdzie prowadzą nas niektóre wybory…

Będzie dużo się działo.

A jak chcecie więcej zajawek z morsowania to dajcie znać. Jeszcze się nie odważyłam na wstawienie zdjęcia, ale kto wie, co będzie jak mnie zmotywujecie do działania 😉

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media