Jak przykuć do siebie motywację na więcej niż miesiąc

Jak to zrobić? Jak przykuć tę motywację i zmusić ją do zostania z nami? Dziś ci opowiem, co się sprawdza w moim przypadku już trzeci rok z kolei. Dlatego moje sprawdzone sposoby zdradzę ci dziś w tym poście i mam nadzieję, że ci troszkę pomogą. No to dalej!

Jak co styczeń wszystkim wydaje się, że Nowy Rok przyniósł im też pełny kubeł nadziei i motywacji, że o to od 01.01. zmienią się nie do poznania razem z całym swoim życiem. Że zamiast +5kg do lata zobaczą myślnik z przodu zamiast krzyżyka (to te najpopularniejsze postanowienie, wiem); że zamiast nutelli na śniadanie, obiad i kolację wjedzie jakaś sałata albo brokuł (produktów tych nie należy łączyć - przesada przecież nikomu nie służy); że zamiast zalegania z Netflixem na kanapie nowy serial obejrzysz w pozycji kwiat lotosu na macie cienkiej jak bibułka, która sprawia, że idealnie wszystkie kości czujesz. No bo nie bądźmy pesymistami! Wszystko jest do zrobienia przecież, nie? Jest tylko jedno "ALE". Tej super motywacji, którą zresztą pochwalam, jestem jej fanką i zagorzałą wielbicielką, starczy maksimum do dnia moich urodzin rozpoczynających 3 miesiąc w roku. Co więc zrobić, by ją przedłużyć i sprawić by została z nami na kolejne miesiące, których w roku jest AŻ 12?

motywacja na nowy rok

Moja pierwsza złota rada brzmi: planuj. Planuj z wyprzedzeniem. Zaopatrz się w organizer, planner, kalendarz i działaj. Przewiduj, przemyśl co jesteś w stanie zrobić, ale bierz też pod uwagę to, co jest poza zasięgiem, stawiaj sobie wyzwania, ale nie katuj się, naucz się rozumieć siebie. A jeśli nie wiesz, jak zacząć zacznij od rozpisania sobie planu metodą małych kroczków.

Małe kroczki

Weźmy na przykład najbardziej szumne i najczęstsze postanowienie noworoczne, czyli schudnę do lata. O ile gdzieś tam do marca jesteś w stanie się trzymać planu i zrzucić 5-10 kg to potem przychodzi zastój. Jesteś zmęczona, jakiś tam cel osiągnęłaś, a więc czas na rozpustę. No i klops, bo efekt jojo to też skutek naszej rzetelnej nie-pracy nad sobą. Tak więc kochana, wyznacz sobie realny cel i… nie przesadzaj z realizacją. Pamiętaj, że nawet jak skatujesz się dietą, dzięki której zrzucisz to upragnione 5kg w dwa miesiące, to kiedy ją przerwiesz konsekwencje wrócą do ciebie jak bumerang. I całą motywację szlag wtedy trafia. Dlatego pamiętaj, że najważniejsze to planować realnie. Czyli nie rzucaj się od razu na głęboką wodę: 3 posiłki dziennie, skoro do tej pory jadłaś 6 – akumulatory wysiądą szybciej niż myślisz; 1 godzina ćwiczeń to zdecydowanie za dużo, jeśli do tej pory matę, albo bieganie omijałaś bardzo sumiennie. Zacznij od małych kroków. Na przykład: 5 posiłków z uwzględnieniem zapotrzebowaniem kalorycznym (warto pomyśleć o wizycie u specjalisty, teraz można też napisać do specjalistów online, przesłać im wszystkie swoje parametry i zdobyć dietę nie wychodząc z domu); 20-30 min ćwiczeń na początek i zwiększanie czasu ich trwania i intensywności z każdym tygodniem. Powoli, ale do przodu. Efekty też zauważysz bardzo szybko, ale w tym przypadku motywacja nie spadnie tak radykalnie. Daj sobie czas, by przyzwyczaić ciało i umysł do nowej sytuacji.

Realny plan

Dlatego wyznacz realny plan, którego będziesz się trzymać dłużej niż 2-3 miesiące. To oznacza z kolei, byś stanęła twarz w twarz z samą sobą. Nie z marzeniami, w których wszystko jest możliwe i jak petarda wyglądać będziesz po 1,5 miesiąca ścisłej diety i ćwiczeń, a potem efekt sam się utrzyma do lata. No nie. Dlatego kochanie musisz stawić czoła temu, co realnie najprawdopodobniej się wydarzy. W moim przypadku – weźmy na przykład moją walkę o zdrowy kręgosłup – dlatego, że właściwie codziennie jesteśmy z Asią razem nie udałoby się zaplanować całego tygodnia treningów i regularnych posiłków, w których coś by mi nie przeszkodziło. Czy to tajfun, który właśnie przetoczył się po kwadracie, czy jakaś nagła alergia, która wymaga dopieszczenia, czy Asia sama w sobie, która jest po prostu towarzyska, czy to cokolwiek innego. Po pierwsze, nadal uczę się być konsekwentna także wobec samej siebie, więc to by było potrójnie trudne, by jeszcze wrzucić sobie na garb dodatkowy plan super napięty uwzględniający godzinne ćwiczenia. To nie jest niemożliwe, ale z takim nakładem szybko wyczerpią mi się baterię. Znam siebie doskonale, po miesiącu nawet nie będę już myśleć o tym, żeby choćby jeden skłon zrobić przy takim grafiku. Tak więc zaplanowałam sobie bieganie co drugi dzień, ale codziennie – czy biegam, czy nie – ćwiczę w domu razem z Asią trening, który pomaga mi zagoić kręgosłup. Wprowadzam też znowu powoli yogę i z dnia na dzień jest coraz lepiej. Ale wiesz, realnie założyłam, że yogi nie będę robiła codziennie. Założyłam sobie, że na yogę poświęcę ok. 30 min dwa razy w tygodniu. I ten plan działa! Sprawdza się, nie mam do siebie pretensji, że czegoś nie zrealizowałam, nie mam moralnego kaca i trzymam się założeń, jestem zadowolona. Tylko wiesz, to nie jest tak, że te plany sobie wydumałam i zapisałam w głowie. No nie. Wspieram się narzędziem, bez którego bym naprawdę nie dała rady. Wiesz jakim?

Kalendarz na nowy rok

Wiem, że są i tacy, którzy opierają wszystkie swoje działania o listy na karteczkach, o plany zapisane w głowie, albo spontan. U mnie te pomysły nie sprawdziły się ani razu, dlatego definitywnie pogodziłam się z moją chaotyczną stroną, przeprosiłam się i poszłyśmy na kompromis: ja sobie pomogę, a moja druga połówka nie będzie mi przeszkadzać, o ile wszystko będzie miało swoje miejsce i czas. I tak o to przyzwyczaiłam się do posiadania kalendarza całorocznego, czyli mam swój planner.

Nie znajdziesz tu jednak przepisu na najlepszy kalendarz, planner, skoroszyt itp., bo każdy ma swój indywidualny layout, który mu pasuje. Ja uwielbiam plannery, w których na jednej stronie lub dwóch przeciwnych można znaleźć cały podzielony na dni i godziny tydzień. Poza tym rzadko planuję coś dalej niż na 2-3 tygodnie do przodu z wyłączeniem dużych wydarzeń (np. wesela, sylwestry, święta, urodziny i te wszystkie inne balangi) i wizyt lekarskich, czy zajęć, na które zapisuję się znacznie wcześniej. Dzięki takiemu podziałowi nie gubię się w rozkładzie tygodnia, a też mogę swobodnie z niemałą dokładnością rozpisać sobie każdy tydzień włącznie z posiłkami, zaplanowaniem czasu na ćwiczenia, ważne telefony, spotkania, czy pracę. To ważne. I nie zostaje przeoczone.

Wiem jednak, że są tu również fanki jednodniowych plannerów i one też są spoko. To wyłącznie rzecz gustu. Ja lubię widzieć przed sobą cały bieżący tydzień i to, co już udało mi się zrobić, co się przełożyło, co przeciągnęło, a co ominęłam przez brak czasu, chęci lub z czego definitywnie zrezygnowałam. Wierz lub nie, ale taki rozkład jazdy zawsze pokazuje mi, jakim chomikiem jestem, jeśli chodzi o dorzucanie do mojego kalendarzowego domku kolejnych must do, które wcale nie są konieczne do odhaczenia. Często nawet łapię się na tym, że wiele rzeczy wpisuję dodatkowo po to tylko, by zdać sobie sprawę, że i tak ich nie zrobię. Poza tym ten model w pracy zawodowej sprawdzał mi się najbardziej, kiedy miałam ścianę kwestii niecierpiących zwłoki, a niektórych z braku czasu nie udało mi się wykonać, dlatego zamiast kartkować między dniami przepisywałam co rano to, co zostało z poprzedniego dnia i wykonywałam te zadania w pierwszej kolejności następnego. To było świetne rozwiązanie i gorąco ci je polecam.

Planuj, czyli twój planner

Jak jednak wybrać planner dla siebie? To jest naprawdę indywidualna kwestia i zależy od twojego widzimisię. Ważne jest jedno: byś uwzględniła, co byś chciała w nim mieć i jakie zakładki ułatwią ci podróż przez nowy rok. Organizer, który widzisz na zdjęciach tutaj to planner, który ma wszystko, czego ja potrzebuję do mojego codziennego życia. Dlaczego? Bo jest tu rozkład jazdy uwzględniający chyba wszystkie najważniejsze życiowe wątki. Znajdziesz tu kalendarz na cały rok z moim ulubionym wspomnianym już podziałem tygodniowym i zakładkami takimi, jak zdrowie, wydatki, notatki, organizer i chyba wszystko czego dusza zapragnie zmieści się. To taka przenośna chmura danych, do której nie potrzebujesz sprzętu elektronicznego. TAK, JESTEM Z TYCH CO PODPISUJĄ SIĘ HASZTAGIEM #I❤papier!

Tak więc co do plannera moja pierwsza rada brzmi: znajdź w nim miejsce na to, co dobre, co pomoże ci w codziennej mobilizacji, inspiracji do działania. U mnie są to zazwyczaj wspomnienia. To one pomagają mi się zebrać do kupy. Dlatego w każdym moim kalendarzu zbieram dobre wspomnienia z danego roku. Przeważnie są to zdjęcia, bilety z koncertów, podkreślone innym kolorem wpisane w kalendarz wydarzenia, itd. Pomagają mi na chwilę wrócić do tego, co dla mnie ważne, co mnie mobilizuje. Pomagają mi działać. Dlatego znajdź sobie miejsce w kalendarzu na swoją własną motywację. Tu na zdjęciu świętowaliśmy urodziny mojego męża 11. stycznia. To była pierwsza impreza-niespodzianka od dawna i niezwykle wyjątkowa, bo pierwsza z naszą Królą❤

witajcie w nowym roku

Teraz przejdziemy do tego, co pomaga mi zorganizować dany tydzień, miesiąc, czy cały rok. Najpierw więc wypunktuję, co dla mnie powinien mieć idealny kalendarz, który ułatwi ci działanie w nowym roku, a potem pokażę ci ten, w którym to jest. Tak więc:

  • Kalendarz z podziałem tygodniowym
  • Planner posiłków
  • Notatnik

Reszta to już dodatki i bajery, ale fajnie jak są. Te wyżej to moje must have w dobrym kalendarzu.

No a co z wydatkami?

Ważna część każdej codzienności. I u nas w tym roku podlega również pod planowanie. Zapytasz więc pewnie dlaczego nie uwzględniłam w wersji papierowej arkusza na wydatki. W tym kalendarzu taki jest, ale tu mam inny pomysł, który się sprawdza akurat u nas, i o którym za chwilę się dowiesz. Bo uczymy się z Michałem planować miesięczne wydatki już od jakiegoś czasu, żeby zobaczyć, gdzie tracimy bezcelowo, gdzie byśmy mogli zaoszczędzić, a gdzie moglibyśmy wydać więcej choćby na przyjemności – chociaż z tym ostatnim pewnie nigdy nie będziemy mieli żadnego problemu 🙂 mimo to uważam, że i to ostatnie powinno się planować. Nie wszystkie, bo i spontan dodaje życiu kolorów, ale jeśli większość z nich się dobrze zaplanuje, to i na niespodzianki znajdzie się przestrzeń w budżecie. Zakładka z wydatkami w tym plannerze totalnie mnie oczarowała! Dobrze pomyślany kalendarz to w końcu połowa sukcesu organizacji, która skutecznie pomoże nam zaplanować wiele kwestii, ale też rozwinąć skrzydła. I fajnie, że się tu znalazł, bo w poprzednik roku często gdzieś pod koniec kalendarzowego dnia spisywałam, co kupiłam, żeby później przepisać to do… no właśnie. Zaraz dowiesz się, gdzie trzymamy z mężem wydatki.

Mega fajnym pomysłem na opcję podliczania miesięcznych wydatków możesz też wprowadzić sobie w google docsie, gdzie utworzysz sobie swój własny skrypt. W dodatku tam wszystko naliczysz automatycznie. I tę wersję z mężem piastujemy z namaszczeniem. Bo zawsze możemy wrócić i ją skorygować. Dobry patent. No i obydwoje mamy do niego całodobowy dostęp po udostępnieniu docsów naszym adresom mailowym, bo jedyne co musicie zrobić, by mieć dostęp do utworzenia i edycji swojego skryptu to mail na Gmail. Opcja całkowicie za friko. Prawda, że świetna? I o ile w kalendarzu pewnie dalej z przyzwyczajenia będę zapisywała, gdzie przepuściłam kasę – zwłaszcza mając ku temu przeznaczoną zakładkę 😉 – to i tak na koniec tygodnia wrócę do naszego elektronicznego arkusika.

Wracając jednak do wersji papierowej, którą kocham i kochać będę zawsze, w tym akurat plannerze jest też zakładka z posiłkami, które można wypisywać na każdy miesiąc i tydzień. Poza tym w samym kalendarzu pod koniec każdego dnia też masz rubryczkę, gdzie możesz wpisać posiłki zaplanowane na dany dzień albo te, które już jadłaś. Przemyślana rzecz! Bo mi często brakuje pomysłów na obiad, śniadanie i wszystkie inne posiłki w ciągu dnia. A tak mogę planować z wyprzedzeniem – co tez ułatwia zakupy – no i nie stresuję się wtedy od rana, że to co zaplanowałam na ten dzień do jedzenia na chybcika przy śniadaniu nie wypaliło, bo mi przecieru na pomidorową zabrakło. To jest dobry sposób, by się nie wkurzać niepotrzebnie. Ten planner ma kilka takich zalet. I jeszcze jedną, najważniejszą.

To, co naprawdę urzekło mnie w nim to fakt, że jest naprawdę dedykowany przez kobietę dla kobiet. Oznacza to, że znajdziesz tu także kalendarzyk miesiączkowy!  Zakładkę ze zdrowiem, gdzie wpiszesz zaplanowane wizyty lekarskie, badania itd. Sama więc widzisz, że to planner, który pomoże ci zorganizować się na wielu płaszczyznach codziennych, które wymagają by o nich pamiętać.

resztamamy 2020 nowy rok

aneta gajdziel kalendarz

Jedyne, co do mnie nie przemawia to forma. Kalendarz w segregatorze jest mega fajną opcją, jeśli z tobą nie podróżuje, choć być może to tylko moje widzimisię. Jest piękny, to fakt, ale też nieznacznie cięższy. Teraz z uwagi na swój kręgosłup niestety zaczęłam brać wszystkie dodatkowe ciężarki pod lupę, więc jedynym minusem takiego organizera jest jego format. Zdecydowanie jednak na korzyść przemawia możliwość wypinania kart, co jest akuratnym rozwiązaniem w tej sytuacji. Czy wygodnym i dogodnym dla bałaganiarskich – to już kolejna indywidualna kwestia. No i pomysł z możliwością wypinania kart, które musielibyśmy w razie nagłego wypadku zabrać ze sobą, by nie targać całego segregatora – doskonałe. Bo jednak choć nie jest może on bardzo masywny, to jednak jego format jest dodatkowym obciążeniem.

Zresztą drugą opcją jest posiadanie dwóch kalendarzy: pierwszego tzw. biznesowego, w którym masz wszystko od A do Z i trzymasz go zawsze w jednym miejscu, codziennie rutynowo sprawdzając i rozpisując – tu rozmiar nie ma znaczenia; oraz drugiego tzw. podręcznego, który zawsze podróżuje z tobą i występuje w formacie kieszonkowym, dlatego masz w nim tylko to, co najpotrzebniejsze (bieżące listy zakupów, numer telefonu do lekarza, u którego masz wizytę, czy rzeczy do odhaczenia akurat w tym dniu, a które trudno byłoby ci spamiętać podróżując z punktu A do B). Ja mam właśnie dwa. Z tym, że ten w segregatorze, który tu widzisz to ten ładny, który spełnia dla mnie funkcję bardziej stacjonarną w full wypasie. Przy sobie zaś zawsze noszę znacznie tańszy, prosty, który uwzględnia właśnie notatnik z podziałem na listy zakupowe i organizer z kalendarzem. Więcej mi tak naprawdę nie potrzeba. Reszta jest wygodą, a co do finansów praktykujemy z Michałem  to nasze rozwiązanie docsowe, które jest mega spoko, bo obydwoje całodobowo mam dostęp do arkusza z kalkulacjami. To bardzo ułatwia całą sprawę.

Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która zdobyła moje serce. Mega wartościowym pomysłem jest tu zakładka organizacyjna, w której możesz zaplanować również podarunki, które sprezentujesz w najbliższym roku bliskim – czy to na urodziny, czy na gwiazdkę 😉 wiecie, jakim świątecznym freakiem jestem i jak tylko zobaczyłam tę zakładkę od razu chciałam ją podzielić na rubryczki osobowe 😂 fajnie, że ktoś o tym pomyślał, co nie? Poza tym jest zgrabny, ładny, delikatny. Po prostu babski, od babki dla babki❤

Ten kalendarz znajdziecie u cudownej Wedding Planner , która z planowaniem i organizacją radzi sobie brawurowo, jak sama nazwa zawodu Agnieszki wskazuje.  W końcu któż inny mógłby przygotować tak doskonały organizer dla nas, babeczek, jak nie kobieta, która z organizacją mierzy się na co dzień? 😉 no i to także mama dwóch chłopców, więc któż może nas równie dobrze zrozumieć, jak nie druga mama?

Jest tylko jedna wada

Ale ona nie dotyczy kalendarza. Dotyczy nas. Bo to my musimy pamiętać, by codziennie do tego naszego organizera zaglądać. Planner jest świetnym rozwiązaniem, ale wiąże się z regularnością. Tak więc to, co powinniśmy tak naprawdę zrobić zanim zabierzemy się za zakup naszego plannera to wbicie sobie do głowy, by do tego kalendarza sięgać na przykład codziennie rano. I to najlepiej zaraz po wstaniu, przy śniadaniu. Wtedy kiedy wasze pociechy szamią wesoło i w skupieniu, wy też macie chwilę, by rozpisać sobie cały dzień lub przypomnieć to, co zaplanowałyście już wcześniej i działać. Bez wymigiwania się, że coś nam umknęło.

Regularność to podstawa

Powiem ci więc jedną rzecz szczerze: ja nie jestem z tych, które tak robią. Które codziennie do swojego plannera siadają. No nie. Tak było w pracy. Była rutyna. Była 9:00, na którą przychodziłam do biura i 9:05, o której siadałam w pierwszej kolejności do kalendarza. Teraz mój dzień, dzień mamy, wygląda jak chaos wymieszany z tornadem i nadzoruje jego początek mała rezolutna dwulatka. Tak już jest. W dodatku w zeszłym roku mój poprzedni kalendarz dostał się w NIEPOWOŁANE RĘCE, co skończyło się autografami na każdej prawie stronie. Dlatego szczerze przyznam ci, że nieco szkoda mi wydawać nieboskich kwot na kalendarz, który może znowu dostać się pod czyjąś niepowstrzymaną rękę. No i mus znaleźć codziennie czas o stałej porze, by do niego usiąść. Ale da się zaprowadzić regularność i tu. Na przykład przy tym śniadaniu, o którym ci pisałam. Wszystko zależy od nas. A jeśli również masz w chacie wścibskiego cwaniaczka, który twoje rzeczy już dawno uznał za swoje, to proponuję znaleźć taki, nad którym nie będziesz płakać, gdy posłuży fantazji małego artysty. Bo dodatkowe zakładki możesz dokleić również sama do każdego kalendarza. To kwestia twojego zaparcia i pomysłu. Albo możesz też – jeśli po drodze ci bardziej niż mnie z telefonem, XXI wiekiem i aplikacjami – oprzeć się na kalendarzach i plannerach w telefonie, które są dostępne w sklepie na twoim smartfonie. Większość całkowicie darmowa. Lecz jedyny minus to taki, że nie znalazłam żadnej darmowej apki plannerowej, która skupiałaby te wszystkie rzeczy, o których pisałam ci wyżej. Możesz za to korzystać z kilku naraz, by je zgromadzić w swoim telefonie.

nowy 2020 rok plan na nowy rok

Bo to jest właśnie jeden ze sposobów na to, by motywacja została z nami na dłużej. Planuj, sprawdzaj siebie, wyciągaj wnioski, akceptuj, uśmiechnij się i działaj. Od razu Rzymu nie zbudowali. Nie martw się, że nie wszystko, co zaplanowałaś nie zmieściło się w dobie, nie miałaś tego dnia weny, albo siły, by się wziąć w garść. Słabsze dni też się zdarzają, kochanie i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Wtedy ważne jest byś zaakceptowała, że ten dzień jest jednym z tych, które warto przeznaczyć na regenerację i odpocząć – to też dobry planner powinien uwzględnić 😉 wszystko się wyczerpuje, wszystko się kiedyś kończy, nic nie trwa wiecznie. Miej wiec dla siebie też trochę zrozumienia i zaakceptuj, że nie jesteś maszyną. Jesteś człowiekiem. Czujesz, kochasz, pragniesz, śmiejesz się, płaczesz, żałujesz, budujesz, upadasz, wstajesz. Baterie też czasami się wyczerpują. Warto pamiętać, by naładować je zanim przyjdzie kryzys i rozłoży nas na łopatki. To naturalny cykl życia. No i po ostatnie…

Znajdź wspólników do zbrodni

…czyli znajomych, przyjaciół, bliskich, grupę wsparcia, która będzie cię dopingować i wyciągnie cię z dołka, gdy pierwsza fala motywacji przeminie. To ważne. No bo pomyśl: postanowiłaś, że w tym roku będziesz raz w tygodniu chodziła na yogę, ale przyszła ta cholerna sobota i jedyne o czym marzysz, to spanie przez cały dzień – pomińmy fakt, że z dzieckiem na chacie to jest niemożliwe, więc kolebiesz się na nogach i czujesz się jak zombie skracając listę funkcji życiowych do niezbędnego minimum. I w tym momencie wyobraź sobie, że na 1,5 h przed zajęciami dzwoni do ciebie twój zbrodniarski partner i mówi: JAK TO NIE IDZIESZ?! ALE PRZECIEŻ JA SOBIE BEZ CIEBIE NIE PORADZĘ Z WYŁAMYWANIEM NÓG NA MACIE! RATUJ, SIOSTRO, RATUJ!
No i co? Nie pójdziesz? Oczywiście, że pójdziesz, choćby ze względu na tę drugą osobę. Poza tym no głupio tak przerwać coś, bo cię leń dopadł. Głupio może nie nawet przed sobą, ale przed tą drugą osobą, dla której ty też miałaś być oazą motywacji w razie co. Tak więc sama widzisz, że wsparcie jest w tym wypadku wręcz konieczne.

Tak więc, kochanie, życzę ci, by otaczali cię ludzie, z którymi dokonasz rzeczy niemożliwych, by moc była z tobą, wierzę w ciebie i wiem, że sobie poradzisz. Tylko pamiętaj, by znaleźć w codzienności w głębi siebie trochę serca właśnie dla siebie samej. Dla tej silnej babki, która walczy o bliskich codziennie z całych sił! Wszystkiego najlepszego! I pisz do mnie, jak tylko będziesz potrzebowała. Damy radę temu nowemu rokowi, co? 😉

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media