Przykład

Śledzicie różne fora na Facebooku? Ja przyznaję, że należę do wielu z nich, a odkąd jest Asia są to głównie grupy zrzeszające mamy. Ostatnio jednak przeczytałam komentarz pewnej mamy pod jednym z postów, który dał mi strasznie dużo do myślenia...

Tak mnie naszło na refleksję o życiu dzisiaj. Przy sobocie. Chciałoby się też napisać, że przy ciepłej herbatce, ale noł łej, jeśli jesteś mamą - chyba wiesz co mam na myśli ;) mniejsza o ten typowy #momlife! Chciałam wam opowiedzieć o pewnej sytuacji.

resztamamy wychowanie dziecka dawanie przykładu

Pamiętacie te szkolne czasy, kiedy teoria poganiana kolejną teorią rzadko chciała zapisać się na dysku twardym w waszej głowie? Ja pamiętam doskonale, bo choć lubiłam się uczyć i nie miałam z nauką problemów, to rzeczywiście bardziej przemawiał do mnie inny sposób nauki. I, kurczę, wiecie, tak sobie myślę, że to nie tylko pasowało mi. Jak tak patrzę na naszą Królę, to myślę, że chyba w sumie każdy człowiek uczy się w ten jeden sposób najchętniej i najskuteczniej.

Wiecie jaki to sposób?

Zaczęłyśmy dziś rano po śniadaniu od ogarniania kwadratu, jak to zwykle u nas przy sobocie. I mówię do tej małej porządnickiej, żeby wzięła ścierkę – jak zazwyczaj to robi, i powycierała ławę w pokoju. A ona patrzy na mnie tymi wielkimi jak spodki oczętami i udaje, że nie rozumie o co kaman mimo, że ja dobrze wiem jaka jest sprytna i kuma wszystko (tak, zaczął się etap „uważaj, co mówisz!”). Powiedziałam sobie dobra, czil matka, nie to nie. W końcu jest weekend. Wzięłam się dalej za porządki, chwyciłam za miotłę, ale… okazało się, że dwa *szuf,szuf* wystarczyły, żeby na miotłę znalazł się amator. Amatorka, znaczy się.

Daj mi przykład, nie wykład

I sama jedzie całą kuchnię od ściany do drzwi. No i naszła mnie refleksja po tym co ostatnio przeczytałam pod postem w jednej z facebookowych grup, że ot, właśnie to cała istota nauki: ucz dając przykład, a nie wykład. Pierwszy raz usłyszałam te słowa, ale zachwyciły mnie swoją celnością. Bo czyż nie tak uczymy się najszybciej i najchętniej?

Przykład książkowy. Dosłownie.

Ponieważ pisałam wam w tym poście, że Asia z książkami średnio ma po drodze, albo raczej po drodze to ma – jak sobie z nich ułoży ładną ścieżkę, ale żeby tak przysiąść i zgłębiać treść to średnio; dziś wam powiem, co się u nas ostatnio zmieniło. Taki nasz bowiem rytuał mały, że wieczorem kiedy kładziemy się spać, pooglądamy sobie książeczki z obrazkami, ponaśladujemy zwierzęta (i te rodzime, i te zagraniczne), pokrzyczymy na angielskie nazwy środków transportu („AAAAAAAAAA!”; „Tak, kochanie, to jest samolot”) i prześledzimy palcem wszystkie kolory po kolei wymieniając je z nazwy; to po tym wszystkim Asia bierze się za mleko, a ja wtedy mam paręnaście minut na własną lekturę. Ten standard utrzymuje się od kilku ładnych miesięcy. To wyobraźcie sobie teraz moje zdziwko, kiedy Aśka zlazła z materaca, poszła do jej półki z książkami, wyciągnęła jedną z tych z kupą treści i małą ilością obrazków, wgramoliła się z powrotem na łóżko, zamknęła kochanej mamuni jej książkę i kazała zacząć sobie czytać tę wybraną. Ogólny szok i niedowierzanie. Tak, od jakichś dwóch miesięcy na dobranoc czytamy kilka stron bajki, powieści, Wodnikowych Wzgórz, Muminków i innych Puchatków. Mamusia jest dumna. A wszystko dlatego, że czytam sama i przestałam naciskać, próbując zarazić Asię zajawką. Samo przyszło.

Daj mi przykład, nie wykład.

I będę to do znudzenia powtarzać. Taka prawda. Uczymy się najszybciej przez naśladowanie innych, poznajemy zachowania społeczne obserwując pozostałych, zdobywamy nowe umiejętności podpatrując i biorąc przykład. To nie jest rocket science, a jednak mam wrażenie, że często tak oczywista przecież wiedza, gdzieś mi umyka i zamiast perswadować temu małemu cwaniakowi cokolwiek sprzedając czystą teorię powinnam częściej jej pokazywać, co mam na myśli. I to się sprawdza! Wiem, bo od jakiegoś czasu próbuję być sprytniejsza, a więc żeby ją zachęcić do działania sama najpierw zaczynam robić to, na czym zależy mi, żeby zrobiła Asia – na przykład poskładanie po sobie zabawek. Takie zwyczajne, takie proste, a tak ułatwia życie. I powiem wam, że chyba niewiele rzeczy jest przyjemniejszych w życiu rodzica niż ujrzenie na własne oczy, jak twoje dziecko czynnie cię naśladuje pomagając przy tych lekkich domowych obowiązkach, jak choćby włącznie pralki na pranie.

Gorzej jak bęben nie jest zapakowany…

Tak czy inaczej, przykładnie miłego weekendu! 😉

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media