Wychowaj się, mamo! O tym, jak Asia mnie zmieniła…

Trapi mnie taka myśl. Znaczy trapi. To jest złe słowo, ale ciągle do mnie wraca taka refleksja, że ja się kurczę strasznie zmieniłam odkąd jestem mamą. Ona mnie zmieniła. Za niektórymi z tych cech, które oddałam do renowacji w ogóle nie tęsknię, innym pomachałam na do widzenia chusteczką, ale kilku naprawdę cieszę się, że się pozbyłam. Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy jest nas tu więcej? Halo! Czy jest na sali matka-schizofreniczka z nową osobowością?! ;)

Z tą schizofrenią to wiecie, żart taki. Chociaż to tak półserio metafora. No bo jak tu nazwać przypadłość trapiącą kobietę - i wskazujmy tu mój przykład, bo nie mam pojęcia, czy więcej mam się zmaga z takim stanem rzeczy, - która została mamą i nagle jej świat wywrócił się do góry nogami włącznie z nią samą na czele? Czy to niezadziwiające, jak bardzo człowiek potrafi się zmienić i dostosować do nowych warunków, w których przyjdzie mu żyć?

reszta mamy wychowaj się mamo

Szczerze wam powiem, że naprawdę jak tak sobie wyłożyłam na linii czasu co się zmieniło od momentu, kiedy pojawiła się Asia, to uzbierało by się tego moje własne Kilimandżaro wahnięć, przemian, transformacji niektórych małych, jak mrówki i innych ogromnych jak Big Ben. Kurcze, gdzie ja bym była, gdyby jej nie było?! Aha, powiem wam gdzie. Siedziałabym na szanownej z odpalonym laptopem na kolanach, nie miała bym mojego osobistego miejsca w świecie dyskusji zwanego dalej blogiem, za to wałkowałabym w kółko Netflixa, nie zrobiłabym kursu fotografii, może wyciągnęłabym Michała na jakieś wakacje gdzieś bez tabliczek z polskimi znakami no i pewnie dalej nie wiedziałabym, co ze sobą zrobić. Nie mówiąc już o pewności siebie, stawianiu czoła wyzwaniom, konfrontowaniu się z przeszkodami zamiast unikania ich.

Ale na szczęście się pojawiła. Mój mały zapalnik transformacji. Choć może nie pamiętam kiedy ostatni raz obejrzałam pełnometrażową kinówkę od początku do końca, nie wiem co tam słychać w świecie seriali, a moją wyobraźnię ratują góry książek – tak, muszę się teraz boleśnie wam do czegoś przyznać. Ostatnie trzy lata przed Asią zaniedbałam się jako bookfanka i odłożyłam najpiękniejszą rozrywkę jaką ludzkość sobie wymyśliła w kąt. Dobrze, że mam dziecko, bo jeszcze bym zapomniała w ogóle co znaczy słowo „książka”!  Ale nie tylko to się zmieniło. Nie tylko to, że znowu pochłaniam kilotonami wszystkie zapisane światy. Nie. Zmieniłam się ja sama. Nie tylko to co robię.

Zmieniło się moje postrzeganie ludzi i miejsca, w którym żyjemy. Patrzę inaczej na kobiety, widzę zupełnie innych mężczyzn, doceniam, jak kruche jest to, czego się uczę, co czuję, jak żyję i ile jest w tym piękna. Przyglądam się życiu z zupełnie innej perspektywy. Może bardziej pozbawionej naiwności, lukru i różowych okularów, może pozbawionej prostoty z jaką na świat patrzą dzieci. Ale za to nauczyłam się dostrzegać wartość chwil, bezcenne zdrowie, szczerość spojrzenia, miłość, otwartą głowę. Przyjaźń. Możliwość podejmowania wyzwań. Czas spędzony z nimi. Mogłabym tak wymieniać dalej, ale nie o to chodzi. Nauczyłam się nie bać ryzyka. Rozumiem czym jest prawdziwe zaufanie. Ciągle się jeszcze uczę być sobą bez względu na konsekwencje. Przestałam bezsensownie przytakiwać, gdy się z czymś nie zgadzam. Wiem, że to ważne, by moje dziecko – mój ósmy cud – było bezpieczne, zdrowe i wiodło pomyślne życie. Dlatego codziennie doświadczam zdarzeń, kiedy asertywność jest mi potrzebna jak powietrze. Nie będę was kłamać, był czas kiedy potulnie nie dyskutowałam nawet, jeśli cokolwiek było mi nie w smak. Dla świętego spokoju machałam ręką i szłam w drugą stronę myśląc swoje. Dziś jeśli chcę przejść drogą, na której ktoś mówi mi prosto w oczy, że to deszcz po czym pluje mi na twarz, mówię mu, by odwrócił głowę – razem z tym swoim jadem – w drugą stronę.

Bo wiecie, tak sobie myślę, że jeśli chcę nauczyć córkę pewności siebie, wrażliwości zarezerwowanej nie tylko dla siebie, ale i dla drugiego człowieka, łagodności, kiedy może sobie odpuścić i hardości, odwagi, kiedy będzie jej potrzebowała, to sama muszę się taka stać. Żeby nie czuła się oszukana. Żeby nie powiedziała w przyszłości, że uczę ją rzeczy, o których sama nie mam pojęcia.

Ona daje mi siłę, by zmieniać się na lepsze. Jestem bardziej cierpliwa odkąd się pojawiła. Mniej przejmuję się błahostkami dziwiąc jednocześnie, że pozwalałam, by władały całym moim życiem przed nią. Jestem mniej małostkowa. Częściej się śmieję. Każdy dzień staram się witać z otwartą głową i energią do działania. Mniej czasu poświęcam na rozpamiętywanie. Już rzadziej mówię: zrobiło się, stało się, udało się. Nic samo się nie dzieje. Wiem, że niemal wszystko, co miało miejsce w moim życiu zależało w dużym stopniu ode mnie samej. Moich chęci, mojej siły, mojej otwartości na zmiany. To tylko niektóre z tych małych, delikatnych a tak odczuwalnych przemian, które zaprowadziła wewnątrz mnie. Mogę chyba powiedzieć, że mnie uporządkowała, pomogła mi się pozbierać do kupy. Dostałam normalnie trenera personalnego w gratisie!

Chciałabym, żeby wiedziała, ile dla mnie znaczy to, że się tu pojawiła. Że mnie zmieniła, kiedy przyszła do mnie, obdarowując mnie zrozumieniem, siłą, motywacją i drobinką strachu, że mogłabym ją stracić, który zagrzewa mnie do dalszej walki. Mam dziś motywację, by nie bać się konsekwencji tej transformacji i odpowiadać wyzwaniem na wyzwanie. A byłam boidudą. Nie raz, nie dwa i nie trzy wybierałam to co łatwiejsze zamiast tego co słuszne. I zazwyczaj ten błąd kosztował mnie kolejne rozczarowanie. Ale dzięki niej wyciągnęłam wnioski i już wiem, co muszę zrobić, by pomóc jej zrozumieć szybciej to, co mi zajęło lata. Wiem jaka jestem, wiem, jakie są moje własne cienie i diabły, które muszę pokonać. Sprostam wszystkim tym małym czortom, które zagnieździły się w mojej głowie. Nauczę się afirmować to jaka jestem starając się pokonać własne słabości. A to wszystko bo jest ona. Moja kurczaczka. Mój mały wielki restaurator matczynej osobowości, w której trzeba odkurzyć kilka półek. I uczę się też mówić nie na jej tak, kiedy wiem, że tego potrzebuje bardziej niż mojej zgody. Uczę się być silna dla niej, przy niej i wobec jej potrzeb. Nie zawsze jest łatwo, ale każdy dzień udowadnia mi, że ogranicza nas tylko wyobraźnia. Nie ma granic, nie ma barier nie do przejścia. Sami je sobie stawiamy. Fajnie, że jest ktoś, kto pokazuje nam, że nawet z największymi demonami możemy sobie poradzić, kiedy wiemy, że jest ktoś kto zawsze – w lepszym czy słabszym garniturze – nadal będzie nas kochał.

Oto jestem, kochanie. I już zawdzięczam ci życie.

Zostaw komentarz:

Uzupełnij poniższe pola lub zaloguj się poprzez social media